wtorek, 18 Kwiecień 2017

3 Reservas z Rioja, Ribera i Toro

blog

Wszyscy rozpoznają obraz Malczewskiego przedstawiający Don Kichota i Sancho Pansa. Jest coś polskiego w tej malarskiej interpretacji. Hiszpańskość  Don Kichota ma także jakichś polski rys…

Co należy zrobić gdy pije się hiszpańskie wino? Trzeba zastanawiać się nad istotą  hiszpańskości pitego wina. Należy koniecznie uwzględnić w tych analizach Don Kichota. Pisaliśmy w kontekście wina o malarstwie hiszpańskim, o flamenco, o muzyce de Falla.

Tym razem szwagier zaproponował nam 3 butelki z trzech różnych regionów winiarskich. Nakazał przed degustacją lekturę Don Kichota. Jedni czytali nocami, inni odsłuchiwali płyt na przyspieszonych obrotach. Każdy chciał być przygotowanym. Gdyby tak szwagier uzależnił uczestnictwo w degustacji od znajomości powieści? Szwagier sugerował także zapoznanie się z eseistyką Jose Ortega y Gasseta, ale to już nie obowiązkowo tylko fakultatywnie. On w wielu miejscach nawiązuje do zagadnienia hiszpańskości.

Na początku degustacji szwagier postawił odważną hipotezę, że oto: hiszpańskość istniejąca w warstwie intelektualnej przejawia się także w koncepcji wina, szczególnie tego pochodzącego ze Starej Kastylii i Rioja. Tę hipotezę mieliśmy poddać falsyfikacji podczas badań w formie hybrydowej degustacji.

Przyjęliśmy jednogłośnie zaproponowaną przez szwagra metodologię badawczą. Ona miała przebiegać dwutorowo. Z jednej strony mieliśmy dyskutować o hiszpańskości jako kategorii i zjawisku obiektywnym, a z drugiej strony organoleptycznie doświadczać owej hiszpańskości pijąc bez ograniczeń hiszpańskie wino z trzech regionów winiarskich: Toro, Ribera del Duero i Rioja. Ta metodologiczna dwutorowość badań miała na celu synergizację wyników procesu wnioskowania.

Na stole stały 3 butelki:

Marques de Penamonte Reserva 2008, Bodegas Torreduero,

Tierra Aranda Reserva 2009, Bodega Tierra Aranda,

Ceacus Reserva 2009, Bodega Pagos de Larrea.

Wedle szwagra, wino z tych trzech flaszek pozwoli nam stwierdzić i zrozumieć istnienie  amorficznej i dlatego trudno uchwytnej hiszpańskości w winie. Ona nie kanalizuje się określonym smakiem, a tym bardziej jej objawem nie jest beczkowość, jak często się sądzi. To kiedyś sugerował szwagrowi Don Alberto.

Podobno owa hiszpańskość wina przejawia się ulotnym doznaniem enigmatycznej partycypacji, miłosnej dyfuzji. Jest nagłym doświadczeniem obecności tego co istnieje na granicy, a ściślej tego co znajduje się pomiędzy. A poprzez swoje migotliwe istnienie dokonuje ciągłych aktów transgresji. I to właśnie obsesyjne przekraczanie pozwala doświadczać aktu zbliżania, które nigdy nie stanie się bezpośrednim dotknięciem. Jest zawieszone pomiędzy oczekiwaniem i spełnieniem. A ta chwila tuż-tuż przed orgiastycznym spełnieniem jest naprawdę inspirująca, to o niej podświadomie marzymy. To właśnie Faust obiecywał Małgorzacie i to chcielibyśmy zawsze ofiarowywać wszystkim Margaritas tego świata – dojrzałe chwile jak perły, które zamieniają się kwiaty. „Trwaj chwilo, jesteś piękna”, to powiedział Faust tuż przed śmiercią.

W ten sposób, mniej-więcej, szwagier próbował objaśniać nam hiszpańskość w winie, chociaż wydawało się to tak abstrakcyjne, że aż bezsensowne, a jednocześnie ładne. Ta szwagrowa opowieść zbliżyła nas trochę do postaci Don Kichota. On także wędruje pomiędzy ratio i fides, na granicy tego co racjonalne i irracjonalne. Mieliśmy wrażenie, że szwagier podczas tej degustacji upodabniał się do Don Kichota…

„Oto obcujemy z pełnią hiszpańskości” – pisał prawie sto lat temu Ortega y Gasset odnośnie lektury Don Kichota. Jeżeli tak, to należy zastanowić się, czy ta pełnia hiszpańskości wynika z wymiaru całej powieści, czy też postaci samego Don Kichota? A może z jednego i drugiego? Powieść jest wesoła, rubaszna. Wesołego, pogodnego usposobienia nie sposób odmówić Hiszpanom, także ich skłonności do celebry i fiesty…

Degustowanie rozpoczęliśmy od badania aromatów. Powąchaliśmy pierwszego wina. I owładnął nami lipcowy, upalny ogród, bo czuliśmy wszystkie owoce ogrodu, ich soczystość z delikatnie wyczuwalną beczką paloną żywym ogniem. Wrażenie drewna nie było nachalne. Aromat zapowiadał także coś intensywnego.

Drugi aromat był ciężki, a nawet zwalisty, dżemowy, lepki i słodkawy. Takie mogą być również aromaty hiszpańskiego wina. Czuliśmy owoce leśne (borówkę!) i coś ognistego, pikantnego. Zarejestrowaliśmy beczkowość, ale dobrze wkomponowaną, będącą tłem, ornamentem.

Trzecie wino oferowało już wyraźną waniliową beczkowość, ale nie przekroczono granicy, za którą jest pretensjonalna beczkowość. W tym aromacie było mniej owoców, ale za to czuliśmy spaloną kawę, kakao, tabakę i inne ingredienty wynikające z wypalania beczki. Ktoś doszukał się także borówki; coś ta borówka stała się dla nas przyjemnym natręctwem.

Ogólnie, wszystkich zebranych bardzo pozytywnie nastroiły aromaty i bukiety trzech win. Pojawiły się oczekiwania, ponieważ właściwy aromat wina powinien zachęcać, nęcić, obiecywać, mamić, a nawet wprowadzać degustatora w konstruktywne zdenerwowanie. Zapoznawanie się z aromatem, to jak słuchanie introdukcji do opery. Oczywiście, tak jest, jeżeli mamy do czynienia z winami nieprzeciętnymi. My mieliśmy do czynienia z takimi winami właśnie. Odczuwaliśmy pewną tremę przed dalszym poznawaniem. Czy dotrzemy do prawdy?

Ale jeżeli ogólne pojęcie hiszpańskość zasadza się w postaci Don Kichota? To już będzie gorzej. Don Kichot jest niby pozytywny, idealistyczny, ale przy okazji irracjonalny i kompletnie niepraktyczny, mimo, że usiłuje być konstruktywny. O jego postawie pisano wiele. Gasset szarżował, że Don Kichot jest karykaturą Chrystusa. W istocie, to dość pojemna postać. Czy Hiszpanie są tacy zagmatwani i wewnętrznie sprzeczni?

Napiliśmy się pierwszego wina, tego z bukietem owoców ogrodu. Zaskoczyło nas. Oczywiście nie tym, że czuliśmy soczyste owoce. Zaskoczyła nas intensywność, ale i równowaga struktury. Czuliśmy w ustach wspaniałe wino, które trwa, dzieję się. Intensywność nie wynika z niedojrzałych tanin, a z wrodzonej ekstraktywności. Piliśmy w ciemno, ale uprzedzamy, że tym winem okazało się Marques de Penamonte z Toro. Nie piliśmy wiele win z Toro, więc zgodnie orzekliśmy, że jest to najlepsze wino z tego regionu, jakie piliśmy dotychczas.

„Kiedy zbierze się kilku Hiszpanów przejętych skrajną nędzą swojej przeszłości, przygnębiającym obrazem teraźniejszości i szorstką nieprzystępnością przyszłości, pojawia się wtedy wśród nich Don Kichot” – twierdzi Ortega y Gasset. Oczywiście to skrajny przypadek, ale wychodzi na to, że Don Kichot pełni rolę perwersyjnego pocieszyciela pełniącego role kontrastu.

Czy jest ktoś taki w polskiej literaturze? Wokulski jest romantycznie przeintelektualizowany, chociaż z tym swoim kochaniem jest także irracjonalny i groteskowy. Przypomina trochę Don Kichota, ale jednak to nie to samo…

Drugie wino w ustach było inne, pierwszym wrażeniem była ciężkawa dżemowość o słodkawym posmaku. Czuliśmy wyraźną taninę, która zamieniała się w finiszu we wspaniałą czekoladowość. Początkowa słodkawość ewaluowała w lekką gorzkość czekolady w finiszu. Ta metamorfoza była fascynującym wrażeniem, a może nawet główną zaletą tej reserva. Każdy łyk dawał kolejny raz przeżycie metamorfozy. Trzeba podkreślić także wrażenie intensywności i długości wina. Byli tacy, którzy nie mieli wątpliwości, że jest to najlepsze wino degustacji. Wino drugie okazało się reserva z Ribera del Duro Tierra Aranda. Można je jeszcze trzymać, za kilka lat powinno być lepsze.

Sami Hiszpanie znaleźli własny klucz do interpretacji powieści Cervantesa: mówią, że gdy czytasz „Don Kichota” po raz pierwszy, śmiejesz się, gdy po raz drugi, wprawia cię w zadumę, a trzeci – płaczesz. Czy to jest płacz nad hiszpańskim losem, czy też zwykłe poddanie się melancholii?

Pisaliśmy wcześniej o doświadczaniu zjawisk i doznań granicznych. Okazuje się, że śmiech, zaduma i płacz sąsiadują ze sobą w tajemniczy sposób. Wystarczy przeczytać powieść Cervantesa i skoncentrować się na Don Kichocie. To doświadczanie doskonale katalizuje kieliszek pitych przez nas reservas. Na granicy trzeźwości i rauszu można lepiej doświadczyć tego co normalnie niedostępne.

Trzecie wino, to posiadające w aromacie waniliową beczkowość także zaskoczyło. Spodziewaliśmy się wina poprawnego, a mieliśmy do czynienia z winem znacznie lepszym. Czuliśmy doskonałą wprost kwasowość, która nadawała wigoru i nerwu winu. Poza tym posiadało ono niezłą strukturę, i gładkość, chociaż tanina była wyczuwalna.

Pewien znany Hiszpan-myśliciel dodaje, że najbardziej hiszpańskie cechy Don Kichota to: „zatrata, niemożność, gorączkowe poszukiwanie tożsamości, smutna świadomość wszystkiego, co mogło być, ale nie było”.

Do Kichot zdaje się naprawdę wierzyć, że „najważniejsze, aby nigdy nie oglądając, wierzyć, potwierdzić, przysiąc i bronić”. To wyznanie odnośni się do ukochanej Don Kichota Dulcynei, ale mogłoby być credo każdej religii, której istotą jest wiara w istnienie bóstwa bez empirycznego dowodu. Don Kichot ma w tym kontekście wymiar teologiczny.

My także uwierzyliśmy po tej degustacji, że wina z Hiszpanii posiadają cechę hiszpańskości. Niby poczuliśmy tę cechę, ale jakoś nie do końca. Nie zarejestrowaliśmy jej trwale, nie możemy jej przywoływać a vista. Wiemy, że jest, ale to rozumienie jakoś umyka. Podobnie wrażenie ma się przypominając sobie sen po przebudzeniu. Możemy go opowiedzieć, ale to już nie to samo, co przeżywanie go bezpośrednio. Hiszpańskość w winie ma także jakichś oniryczny wymiar.

Czucie hiszpańskości wina wymaga partycypacji bezpośredniej. Hiszpańskość w winie czuje się wyłącznie podczas picia wina. Na początku trzeba zaciągnąć się aromatem aż do dna płuc, poczuć aromat dojrzałych winogron i ziemi. Potem wpuścić mały łyk do ust, potrzymać go chwile na języku, następnie rozetrzeć soczysty ale zamszowy smak po podniebieniu. Moment  przełykania jest kluczowy, wtedy pojawia się to o czym pisaliśmy wcześniej, ów ulotny byt znajdujący się na granicy, pomiędzy oczekiwaniem i spełnieniem. On pojawia się we wczesnej fazie przełykania, aby go doświadczyć właściwie należy unikać barbarzyńskiego pośpiechu.

Tak to właśnie się dzieje z hiszpańskością w winie, aby jej doświadczać trzeba sięgać po kieliszek i powtarzać opisany proces wielokrotnie. Hiszpańskość w winie nie istnieje post factum, ani tym bardziej ex ante, nie istnieje teoretycznie, nie jest werbalna. Doświadczanie wymaga czynu. Trzeba pić wino.

Kilka lat temu najwięksi aktywni pisarze z całego świata – laureaci nagród Nobla, Bookera, Pulitzera – za najlepszą książkę w historii uznali „Don Kichota”. Mają rację. Los Don Kichota ma ludzki wymiar. Bywa groteskowy, bywa fatalny, ale jest nam nieuchronnie bliski.

Na koniec parę praktycznych rad. Chodzi o kosztowane przez nas wina, jak  i gdzie można ich skosztować. Otóż, należy udać się do Toledo, dotrzeć tam można samolotem, samochodem, bądź innym środkiem lokomocji. Najlepiej wsiąść w tę podróż szwagra, jeżeli się go posiada, bo nie każdy ma ten przywilej. Jeżeli nie dysponujemy szwagrem, to trzeba w tę podróż zabrać drugą osobę płci dowolnej. Ważne, że muszą być tylko dwie osoby. Prawdziwe przeżycia płoszą się w tłoku.

W Toledo należy kupić konia. Nie będzie to trudne, ponieważ na każdym rogu ulicy w Toledo sprzedają konie różnej maści. Następnie trzeba się skierować na północ w kierunku Madrytu. Podróżować trzeba najkrótszą drogą i nie zbaczać mimo przeszkód. Za cel podróży trzeba wziąć trzy winnice. Należy zacząć od winnicy Torreduero w Toro, tam degustowanie wina zajmie co najmniej dobę. Następnie należy udać się do winnicy w Riberra del Duro. Podróż kończymy w winnicy w Rioja.

Właściciele winnic przyjmują obligatoryjnie wszystkich gości, którzy zajeżdżają konno. Jeźdźcy za nic nie płacą; piją i jedzą na koszt gospodarzy. Każdego wieczoru urządzana jest uczta dla wszystkich jeźdźców, biesiada trwa do rana, wino leje się strumieniami. Nad ranem może niespodziewanie do uczty dołączyć sam Don Kichot z giermkiem, będzie także Don Alberto ze szwagrem, będzie sympatyczny Ramiro z Cardamomo Tablao w Madrycie, będzie Margarita (bez Fausta), ale to już kwestia alkoholowej imaginacji. W takich okolicznościach można doświadczyć setki razy hiszpańskości w winie, o której próbowaliśmy niezdarnie pisać.

To taki praktyczny sposób na zapoznanie się z trzema degustowanymi przez nas winami. Można również zwrócić się pisemnie do subiektów sklepu winiarskiego ViniTeranio i prozaicznie kupić opisane wina, najlepiej po całej skrzynce, jeżeli ktoś naprawdę chce dogłębnie przeżyć tajemniczą hiszpańskość w winie. Sklepu www.viniteranio.pl nie będzie szczególnie reklamować. Wystarczy przecież fakt, że posiadają te 3 butelki i wiele innych tytułów w atrakcyjnych cenach.

Brak komentarzy - napisz pierwszy

sobota, 8 Kwiecień 2017

4 butelki z Navarra

blog

Na zdjęciu wyżej jest 6 butelek, ale my skosztowaliśmy czterech. To cała seria win wyprodukowanych przez znanego producenta z regionu Navarra – ZORZAL. Jesteśmy zatem nadal w winiarskiej Hiszpanii, ale nie w kręgu tempranillo, poza Rioja, poza Ribera del Duero. Byliśmy przygotowani na obniżenie lotów, mimo tego że producent umieścił na etykiecie infantylnego, ale sympatycznego ptaszka.

Przed degustacją krótkie wprowadzenie wygłosił szwagier. Zdaje się, że głównie oparł się o opinie Don Alberto. Mówił o tym, że Zorzal ma dobrą pozycję na rynku, że chwalą Zorzal, że chwali Parker, a szczególnie Robinson. Brzmiało to zachęcająco, ale nie rozstrzygająco. My lubimy wyrobić sobie własne stanowisko, nie jest nas łatwo sformatować opiniami winiarskich guru.

Ciekawiło nas, jak będą smakować po tempranillo szczepy garnacha i graciano. Nie pijamy ich często, zwłaszcza graciano. Zdarza nam się pić garnacha w wersji francuskiej, czyli  grenache z południowego Rodanu. Wiemy, że to składnik kultowego kupażu Chateauneuf du Pape, a nawet to jego podstawa. Podobno z tego szczepu można zrobić różnorodne wina, od prostych do naprawdę wybitnych. Ale czyż tak nie jest z innymi szczepami? Można przecież wypić marketowe chardonnay, a można także Charlemagne. My wiemy jednak, że proste wino można zrobić z każdego szczepu, ale nie z każdego szczepu można zrobić wino naprawdę wybitne. Garnacha to nietrywialny szczep.

Degustacja zapowiadała się na zupełnie spokojną, poznawczą, ale dała jednak impuls do ciekawej dyskusji, która dotyczyła fundamentalnych spraw. Różne konteksty, dywagacje i meandry dyskusji doprowadziły nas do postawienia pytań i problemów. Jednym z kluczowych pytań było: czy istnieje podział na wina gastronomiczne i wina degustacyjne? Często używa się takiego kryterium. Mówi się: to wino „nadaje się do pizzy”, „do jedzenia”, „jest gastronomiczne”, itd. Jest w takich stwierdzeniach sugestia, że to jest gorszy sort wina. Czy to ma znaczyć, że do jedzenia powinniśmy dobierać wina gorsze? Brzmi to przecież głupio, jakby się dłużej zastanowić.

I tak znaleźliśmy się w środku istoty somelierki. Idąc dalej w kwestie, należy się zastanowić, czy wino może zdominować potrawę, zamiast uzupełnić, wzmocnić doznania? Jeżeli ją może zdominować, to czy to coś złego? A może to dominowanie jest wydumane? A może to wymaga odpowiedniej techniki konsumowania potrawy i wina podczas jedzenia? Można przecież bezpośrednio popijać kęs i używać wina jako popychacza, taką funkcję pełnił przy obiedzie poczciwy kompot.

Ale można pić wino zupełnie inaczej. Wystarczy podczas konsumowania inaczej gospodarować czasem, stosować interwały. Wtedy wino i potrawa będą w wzajemnym stosunku, jak części symfonii Beethovena. Pojawi się wówczas zjawisko synergii. Podczas takiej konsumpcji Chateau Lafite stanie się winem … gastronomicznym. Wszystko to bardzo ciekawe. My jednak otworzyliśmy pierwsze wino…

… ze szczepu garnacha bianca. To szczep wywodzący się z pnia garnacha. Pite wino miało charakterystyczne cechy, czyli było gęstawe, z wyraźnym alkoholem. W aromacie kwiaty i jabłko, gdzie echa cytrusów, ale i ziół. Zupełnie poprawne wino. Chciałoby się dodać: wino z potencjałem gastronomicznym. I znowu wracamy do kwestii. Ten niby potencjał gastronomiczny, to także eufemizm „wina marketowego”, „wina tarasowego”. Tak jakby na tarasie nie można wypić choćby Chateau Petrus. Taras to zupełnie dobre miejsce dla picia wielkich win.

 Dlaczego przy jedzeniu i na tarasie trzeba pić wina gorsze? W salonie pijemy wino lepsze, a na tarasie gorsze? To przecież jakaś bzdura. Podobnie jak określanie wina gastronomicznym, marketowym.

Uważamy, że znacznie lepszym jest grupowanie wina na proste i wymagające, czyli degustacyjne. Przy jednoczesnym podkreśleniu, że wina proste mają swoją społeczną,  biesiadną i towarzyską rolę. Takimi winami zachwycać się nie będziemy, ale będziemy je otwierać w określonych sytuacjach, np.: mecz ligi mistrzów, pojedynek pięściarski, relacjonowanie wakacyjnych przygód, rozmowy o bieżącej sytuacji społeczno-politycznej w Azji, itd. Takie sytuacje są adekwatne dla konsumpcji wina Zorzal wytworzonego z garnacha bianca. Będzie także dobrym uzupełnieniem smaku smażonej ryby. Nie polecamy otwierać tego wina i zestawiać go z Chablis grand cru.

Skosztowaliśmy teraz trzech win czerwonych. Rozpoczęliśmy od granacha w niższej wersji, które było znacznie tańsze (28zł) od Malayeto (49zł). Czuliśmy i w aromacie i smaku czerwone owoce, porzeczki, wiśnie, ale także trochę trawy i fiołków. I znowu chciałoby się napisać: wino doskonałe do pizzy. Ale skoro skrytykowaliśmy takie kwalifikację, to napiszemy: dobrze zrobione, ale proste wino, które można otworzyć, gdy przyjdą koledzy z sobotnią wizytą i będziemy oglądać mecz piłkarski. Wino dobrze się pije. Takie wino chciał zrobić producent i takie zrobił. Swoją robotę wykonał dobrze. Nie polecamy dokładania takiego wina do degustacji z Chateauneuf du Pape, mimo że obydwa zawierają garnacha.

Jeden z uczestników degustacji oświadczył, że on dzieli wina na dobre i złe i nie chce stosować innego podziału, np. takiego na proste i złożone. Nalał nam wszystkim kieliszek niezłego bordoskiego wina i oświadczył, że to jest wino dobre, a te od Zorzal są wyraźnie gorsze, czyli złe. Można i tak, wszak kryteriów używamy wolicjonalnie.

 Rzeczywiście, podział na wina dobre i złe jest zdumiewająco prosty i jakichś świeży. Tylko co się stanie, jak za dobre uznamy wyłącznie wina od 100 zł w górę? Należy sobie wyświetlić następującą sytuację: oglądamy z sąsiadem na tarasie mecz Zagłębie Lubin vs Jagiellonia i pijemy Chateau Talbot, skończył się Talbot, otwieramy Chateau Clemance. Taka jest konsekwencja podziału wina na dobre i złe. Możemy także pić wodę mineralną z Krynicy. Szwagier nagle posmutniał.

Zajęliśmy się teraz winem Malayeto. Było wyraźnie dłuższe, mięsiste, intensywnością zdecydowanie zaskoczyło po poprzednim winie. Lubimy soczyste wina, a to właśnie takie było. Ogrodowe owoce często można spotkać w garnacha, ale dobrze wkomponowane konteksty truskawek, to już rzadziej. Spodobało nam się to wino, zauważyliśmy inwencje winiarza. Gdybyśmy urządzali degustację dobrych Cotes du Rhone, to z pewnością to wino można zastosować. To nawet ciekawe, jak sprawdziłoby się z doskonałymi Cotes du Rhone od Domaine de la Janasse, które piliśmy w zeszłym roku.

Oczywiście, że Malayeto mogłoby zostać zaserwowane z pieczenią z dzika w sosie żurawinowym. Choćby nawet ta konsumpcja miałaby się odbyć w pałacu królewskim w Madrycie.

Ostatnie wino, jakie piliśmy było wytworzone ze szczepu Graciano. Było lepsze niż podstawowe z granache, ale gorsze od Malayeto. To wino było jednak trochę inne. Owszem czuliśmy czerwone owoce, ale także posmak skoszonej trawy i jakąś gorzkawą ziołowość. Podobno to cechy charakterystyczne dla graciano. Gdzieś w tle majaczyły echa użytej beczki.

Warto to podkreślić, we wszystkich winach zupełnie inaczej czuliśmy beczkę niż w winach z Rioja i Ribera. Tutaj producent bardzo oszczędnie gospodarował beczkowością. Postawił odważnie na owocowość, świeżość, soczystość. Gdybyśmy nie wiedzieli, że to wino hiszpańskie, wskazywalibyśmy inne regiony. Może jakieś toskańskie klimaty, może piemoncką barberę, a nawet egerski kekfrankos. Jak widać winiarska Hiszpania ma różne oblicza. Z pewnością warto zapoznać się z winami wytwórni Zorzal.

A my na koniec podkreślmy jeszcze raz, że pochopne szufladkowanie wina to operacja ryzykowna. Pewne jest, że wina proste będą zawsze gorsze od win wielkich. To wcale nie oznacza, że należy wycofać z produkcji i sprzedaży wina proste. One z racji ceny są dostępne dla większości, a także można je pić w sytuacjach, które są adekwatne dla picia win prostych, chociaż te sytuacje wcale nie muszą być proste. Czy mecz reprezentacji Polski z Czarnogórą był prosty? To wcale nie oznacza, że podczas jego oglądania należy otwierać Romanee-Conti.

Proste, a dobre wina w swojej prostocie nadają się do: bycia tłem, towarzyszenia, sąsiedztwa, podporządkowanego współistnienia wydarzeniom. Takie jest przeznaczenie i rola prostych, prostszych win. Niezależnie jak wyznaczymy granicę pomiędzy prostotą i złożonością wina wynikającą z definiowania jakości. Wina Zorzal są stworzone do konstruktywnych, drugoplanowych ról.

Nie zawsze trzeba grać pierwszoplanową rolę. Można otrzymać Oskara za drugoplanową rolę, a bez takich ról i kreacji nie sposób wyobrazić sobie żadnego filmu. Bez nich nie sposób sobie wyobrazić rzeczywistości, jeżeli materię życia porówna się do filmu. Wchodzimy w filozoficzne zagadnienia partycypacji. Inaczej smakowałyby główne wydarzenia bez bytów towarzyszących, podporządkowanych. Inna rzecz, czy kropka nad „i” pełni główną rolę, czy uzupełnienie? I tak znowu znaleźliśmy się w zagadnieniach ontologii. Teoria i praktyka wina zmusza do zadawania pytań. Degustowanie win Zorzal indukowało te wszystkie problematy. To indukowanie jest uzupełniającym, towarzyszącym powodem aby skosztować win Zorzal.

Opisane wina można zakupić w sklepie www.viniteranio.pl. Nie będziemy kolejny raz dodawać, że to dobry, tani sklep, nieźle zapatrzony w hiszpańskie wino.

Brak komentarzy - napisz pierwszy

niedziela, 2 Kwiecień 2017

4 butelki z Ribera del Deuro

blog

Tak, mieliśmy już wiele maili w tej sprawie. Pytano: czy to nie jest zdjęcie szwagra, czy może Don Alberto? Piszemy centralnie, to nie jest zdjęcie żadnego z nich. Może się komuś wydawać to perwersyjne, aby wieszać na blogu poświęconym sztuce i winu retuszowane zdjęcia podstarzałych mężczyzn. Ale to jest zdjęcie Manuela de Falla. Ze sztuką de Falla miał wiele wspólnego, to należy mocno pokreślić. Ale trzeba także obiektywnie przyznać, że ładny ten de Falla. Spogląda na nas z wyrozumiałością. Piękne usta, rozległe uszy, gęste brwi sugerujące mądrość, no i przystojny nos, a łysina także może być ujmująca. Krótko mówiąc: wzruszająca twarz.

Dlaczego zaczynamy tak nie a propos? W tytule piszmy o czterech butelkach, a tutaj zdjęcie wybitnego hiszpańskiego kompozytora. Otóż, wydaje nam się, że nie sposób zrozumieć, przeżyć dogłębnie czterech butelek wina z Ribera del Duero bez równoczesnego słuchania muzyki Manuela de Falla. Chodzi nam oczywiście o 4 butelki, które piliśmy ostatnio podczas degustacji u szwagra. Słuchaliśmy tego utworu obsesyjnie. Często go słuchamy pijąc wino hiszpańskie.

Niech wszyscy, przed dalszą lekturą tego tekstu, posłuchają często przywoływanego przez nas utworu El Amor Brujo Manulea de Falla. Oto stosowny link:

https://www.youtube.com/watch?v=Hccbsk7W3Lw

Solistką, jak wszyscy zauważyli, jest Lola Vega. Nie trzeba jej specjalnie przedstawiać, bo z pewnością wszyscy czytający ją znają. Jej zaśpiew koncentruje, jak nam się zdaje, istotę flamenco w wersji oświeconej przez de Falla. Ten kto zrozumie flamenco może zrozumieć sens krwistego Tempranillo z Ribera del Duero, w wersji crianza. Dlaczego flamenco jest odpowiednikiem klasy crianza, a nie reserva? Może to się wydać prowokacyjne, ale jednak klasę reserva rezerwujemy dla śpiewu Jessey Norman wykonującą wagnerowską partie Kundry.

Crianzas to zajmujące wino, są tacy, którzy je wynoszą ponad reservas. W crianzas obcujemy z czymś, co możemy nazwać ludzkim wymiarem, nie boskim, a właśnie ludzkim, dlatego mogą one przypadać do gustu ludziom czynu; mniej poetom, bardziej inżynierom. Ludziom, którzy preferują czuć bezpośredniość materii, z którą obcują. Crianzas będą smakowały także kobietom, bo one są predysponowane do lepszego czucia rzeczywistości, jej materialnej rozciągłości. Reservas polubią ci, którzy rozumieją doświadczanie i tajemnice czasu, trwania.

No trochę dziwacznie wyszło; crianzas mają smakować inżynierom i kobietom, reservas zaś poetom. Napisaliśmy to już i nie będziemy wykreślać.

Flamenco jest także: rzeczywiste, bezpośrednie, ludzkie, krwiste i poetycko przyziemne. Śpiew, który zamienia się w krzyk, a w sumie jest jakąś śpiewną proklamacją, dialogicznym monologiem. No i to magnetyczne decrescendo. Szwagier odnalazł w tej intonacji element góralski, podhalański, gdzie akcent stawia się na pierwszą sylabę. W flamenco często na początku frazy jest krzyk, a na końcu wydech przechodzący w pauzę.

Odnajdujemy we flamenco desygnat crianzas. W tych winach akcenty padają zawsze na początek, zarówno w aromacie, jak i w smaku. Otrzymujemy istotę sprawy bez zbędnej zwłoki. To czyni crianzas przystępnymi, chociaż nie banalnymi. Jeżeli reservas wymagają cierpliwości, to crianzas refleksu. Ale tylko pozornie wydaje się, że cierpliwość nie ma nic wspólnego z refleksem. Otóż ma! Wystarczy pić na przemian crianzas i reservas. Ich mianownikiem jest spełnienie, nastawienie na cel. Wszystko staje się jasne.

Na stole stanęły 4 dumne flaszki:

Emilio Moro 2013 odpowiednik crianza,

Lopez Cristobal crianza 2011,

12 Linejas crianza 2011, Bodegas Gormaz;

Catania crianza 2011, Bodegas Gormaz.

Wszyscy orientowali się na dwie butelki, tę Moro i tę od Cristobal. To tutaj miała rozegrać się główna konkurencja. Wyroby dwóch wspaniałych winnic. Czy pozostałe tytuły będą tylko tłem? Różne figle się wydarzały na degustacjach u szwagra. On sam milczał, nie wdawał się w spekulacje. Czyżby znał wynik?

Onegdaj szwagier prowadził ożywione dyskusje z Don Alberto na temat crianzas z Ribera, filozofii przetwarzania soku z gron tempranillo we wspaniały trunek. Podobno tajemniczy Don Alberto jest admiratorem crianzas, oczywiście w wybranych sytuacjach degustacyjnych. Innego wina oczekujemy przecież w gorący, sobotni wieczór, a innego podczas spaceru ulicami Sewilli wczesną wiosną, a jeszcze innego podczas antraktu baletu El Amor Brujo w Teatro Real w Madrycie.

Wszystko to jakieś skomplikowane. My, z brzytwą Ockhama w ręku, upraszczamy wszystko ponad miarę. To wygodne upraszczać, jak nie czuje się niuansu, ulotnego szczegółu, wyrafinowanego detalu w winie. No cóż, musimy z tym żyć i jakoś sobie radzić.

W kieliszkach zobaczyliśmy wspaniałą barwę wina. Podobną do sukienki tancerki baletu El Amor Brujo de Falla. No może wino miało trochę ciemniejszą czerwień, jednakże z tej samej rodziny czerwieni zaangażowanej, tej czerwieni która ma tętno krwi.

Należy się mocno wkręcić emocjonalnie przy wykonywaniu partii El Amor Brujo. Czyż nie jest to wspaniała, posągowa figura, w którą zastygła para na zdjęciu poniżej? Taka hiszpańska właśnie; pełna rozdartej, manifestującej namiętności. Jest jeszcze typ namiętności skoncentrowanej, ale ona ma germańską proweniencję. Wyróżniamy także rodzaj namiętności heroicznej, ale to już słowiańska inklinacja, w tym polska. Nie brnijmy w to jednak.

Inna sprawa, że hiszpańskie tancerki mają kręgosłupy z gumy, albo zamiast kręgosłupów posiadają strunę o elastyczności łodygi winorośli, zapewne tempranillo.

Zaczęliśmy badać aromaty czterech win. Jeden zdecydowanie odstawał, był inny. Czuliśmy w nim kamień, a ściślej zgaszone wapno dodawane do zaprawy murarskiej. Krótko: czuliśmy beton i owoc wiśni. Drugie wino serwowało w aromacie lekką beczkę i owoce leśne, z kontekstami przypraw i ziół. Trzecie objawiło potęgę aromatu w postaci skoncentrowanego owocu, z dodatkiem ziół. Czwarte, to już owoc i jakieś echa dymu z ogniska, czereśni, a nawet miodu.

Która crianza jest od Moro, a która od Cristobala? Zauważyliśmy dyskretny uśmieszek na szwagrowej twarzy i już wiedzieliśmy, że jest jakichś hak w tej degustacji, że będzie jakaś kolejna lekcja…

Skosztowaliśmy wszystkich win. To były bardzo dobre crianzas. Przy czym jedno było zdecydowanie lepsze od pozostałych. Wyjątkowa koncentracja, intensywność, wspaniały owoc, no i długość. Bukiet dość złożony z motywami przypraw i suszonych ziół. Warto też podkreślić doznanie soczystej krwistości. To wino było jak … kolor sukienki tej tancerki ze zdjęcia. Ba, to wino było jak cała tancerka! Teraz wiedzieliśmy, dlaczego szwagier okazał nam to zdjęcie. Ech…

Nie będziemy trzymać w napięciu czytelników. Wino, które zrobiło na nas tak wielkie wrażenie tego wieczoru wyprodukowano w Bodegas Lopez Cristobal. To wino wstrząsnęło wszystkimi zebranymi. Ktoś nawet zaproponował, aby napisać list do producenta i podziękować mu za to wino w imieniu wszystkich pijących to wino na ziemi. Owszem była w tym emfaza, nadwyżkowość, ale to wino tak elektryzuje, determinuje do nietuzinkowych przedsięwzięć. Tę crianza należy zestawiać z reservas. To najlepsza crianza jaką piliśmy w naszym, już nie krótkim, życiu.

Najbardziej zbliżonym winem do Cristobal okazała się Catania, podobny bukiet, długie, niezły finisz. Czuliśmy także wyraźniej wanilię i kwasowość. Ta kwasowość była wyczuwalna i inteligentnie dynamizowała dość tęgie wino. Czuliśmy przyjazną dżemowość, ale ten dżem był zrobiony z leśnych owoców, z figlarnym niuansem borówki i czarnego bzu. Trzeba przyznać, że ta Catania zaskoczyła, to bardzo udatne wino w tej cenie, może nawet zwycięzca w kryterium cena-jakość. Chociaż ta crianza Cristobal…

Wielce interesującym winem okazała cię crianza Linejas. Lubimy czuć czereśnie w winie, jeżeli dodatkowo wino jest zbalansowane, gęste, posiadające niezłą długość. Co nas zaskoczyło w tym winie, to … miodowość. Ktoś nawet porównał je do tokaju. Ale znowu czuliśmy dżemowość, podobnie jak w Catania, ale tym razem dżem zrobiony został z ogrodowych owoców. Czuło się to wino, bo podobnie do Catani było solidnie zbudowane, jak mawiają, wino z ciałem. Zresztą, Catania i Linejas wykonał ten sam producent i stąd podobieństwa. Dodać należy, że Catania jest tańsza.

Winem, które okazało się zupełnie inne to wyrób od Moro. Na tym polegało zaskoczenie. Owszem, wino było niezłe, intensywne, ale lżejsze niż pozostałe, to się od razu narzucało. Owszem wiśniowa kamienność była ciekawa, ale brak mu było intensywności crianza  Cristobala, chociaż bezsprzecznie czuliśmy ukłucie intensywnej koncentracji owocu. Ktoś powiedział, że tak smakuje hiszpańska moderna. Może.

O winie Moro dyskutowaliśmy długo, pojawili się też obrońcy tego podejścia, ale zostali zakrzyczani przez zwolenników Cristobal. Oni zarzucali crianza Moro monotematyczność. To krzywdzące, ponieważ mniej okazały bukiet aromatyczno-smakowy był intencjonalną koncepcją tego wina. Nam się wydaje, że to wino mogło powstać tuż po długiej wizycie winiarza z wytwórni Moro w Burgundii. Coś burgundzkiego było w tym winie. Lekkość owocu pinot noir i jednoczesna owocowa intensywność. Tempranillo udające pinota. Takimi wynurzeniami epatowała pewna grupa degustatorów. Szwagier milczał, więc coś mogło być na rzeczy.

Po burzliwych naradach jedno było pewne: zwycięstwo Lopez Cristobal. Po serii głosowań, drugim winem okazało się Catania, tuż za nim 12 Linejas. Ostatnie miejsce zajęło Emilio Moro. Cześć osób zgłosiła votum separatum, ktoś głośno protestował i domagał się drugiego miejsca dla wina Moro. Hiszpańska moderna nie zjednała sobie dużego grona zwolenników, chociaż ci którzy przeszli na stronę moderny wykazują charakterystyczną żarliwość neofitów.

Nowe budzi obawy. Nowe budzi nadzieję. Nowe budzi kontrowersję. Najczęściej jednak kończy się na syntezie jakości. Ale nie wgłębiajmy się w ontologiczne kwestie. Wszak wino jest bytem.

Degustowane wina można zakupić w znanym wszystkim sklepie www.viniteranio.pl. Cristobal kosztuje 65 zł, Catania 39 zł, 12 Linejas 59 zł. Te ceny, jak na standardy w Polsce, są rewelacyjne. W takich cenach można kupić to wino u producenta, w sklepie firmowym. Emilio Moro można zakupić np. w niemieckim sklepie z Bremy www.guteweine.de za 17 euro. W Polsce ktoś jest sprzedaje, ale drogo, ponad 100 zł.

Jakie wnioski końcowe należy postawić? Pierwszy, że crianzas z Ribera mogą zachwycić. Drugi, że nic nie jest z góry rozstrzygnięte i faworyci mogą przegrać. Trzeci, że warto słuchać Manuela de Falla pijąc crianzas z Ribera. Czwarty, że flamenco to odpowiednik crianza z Ribera. Piąty, że niektórzy winiarze inspirują się tancerkami flamenco. Szósty, że crianzas posiadają płeć. Siódmy, że crianzas z Ribera smakują szczególnie wczesną wiosną. 7 rzeczy o crianzas z Ribera del Duero.

Komentarzy: 6

sobota, 18 Marzec 2017

Architektura winiarska #18 – Heredia

blog

Tym razem zaprezentujemy kolejną wytwórnie wina z Rioja – legendarną Lopez de Heredia. Nie mieliśmy okazji napić się wina od tego wytwórcy. Budynki prezentuje się wspaniale nocą. Ale uwagę przykuwa to dziwne wnętrze. Przypomina butelkę, wybrzuszoną z jednej strony. Co to może być? Może jest to sala degustacyjna? Zajrzyjmy do środka.

 

Nadal nie wszystko się wyjaśniło. Widzimy białe, plastikowe krzesła. A także coś co przypomina łóżka. Widzimy jakieś dziwne półki. W głębi coś jakby sklep, kiosk; on mocno kontrastuje, to zupełnie inna stylistyka. Czyżby te łóżka przeznaczone są dla zmęczonych degustatorów? Chyba, że tutaj degustuje się leżąc? Doszliśmy do wniosku, że ta część budynku ma intencjonalnie taki kształt i wystrój. Chodzi o to, aby zadziwić, sprowokować odwiedzających. To z pewnością najdziwniejsza sala degustacyjna jaką widzieliśmy. W kiosku można kupić sobie kilka butelek wina, można je wypić, a potem się przespać na wybranym łóżku.

Jeszcze jedno zdjęcie budynku z salą degustacyjną. Widzimy dziwną bryłę, dziwny dach. Obok tradycyjny budynek. Moderna i tradycja. Symetrycznie rozłożone lampki w podłożu są dobrym pomysłem, nieźle prezentują się w nocy.

 

Poniżej klasyczna zabudowa wytwórni rodem z XIX wieku.

 

Tutaj zastanawia oszklona część wysokiego budynku z napisem VINOS. W sumie to nie wiadomo dlaczego ktoś postanowił umieścić taki napis i to 4-krotnie. Może to miejsce widokowe, zadaszony taras? A może tam degustuje się wino?

Zajrzyjmy do środka. Tak, jest tradycyjnie, gigantyczne beczki, rusztowania. Czuć historię.

 

Poniżej magazyn z winem i stołem degustacyjnym.

 

Pajęczyny są elementem wystroju. Na środku stołu stoją puste butelki i coś jakby rzeźba.

Może kiedyś skosztujemy coś od tego producenta, podobno należy do starej szkoły.

Brak komentarzy - napisz pierwszy

niedziela, 12 Marzec 2017

Architektura winiarska #17 – RISCAL

blog
Piękne, futurystyczne zdjęcie. Jakby retuszowane, albo będące kadrem z filmu fantastycznego, kolejnej odysei kosmicznej. Pierwszy plan obrazu mógłby być otuliną rafy koralowej, ponieważ prezentuje się jak obraz podwodny. W centralnym miejscu widzimy dziwny budynek, posiadający zjawiskowy dach w postaci luster, pofałdowanych blach. Tylko w oddali widzimy klasyczną zabudowę; możemy rozpoznać elementy architektury hiszpańskiej.

Zdjęcia wykonane o zmierzchu mają swoją szczególną urodę. Często prezentujemy obiekty architektury w takim iluminacyjnym anturażu, kiedy to gasnące światło dnia miesza się z światłem lamp. Pojawia się wówczas efekt onirycznej ostrości, która podkreśla kształty obiektów. Zwłaszcza obiektów z takim dachem…

Tak, to budynek luksusowego, 6-gwazdkowego hotelu, którego właścicielem jest winnica Marques de Riscal – ikona hiszpańskiego winiarstwa. Obiekt jest umiejscowiony w regionie winiarskim Rioja. Ostatnio sporo pisaliśmy o hiszpańskim winiarstwie i jego czołowym regionie, jakim jest właśnie Rioja. Od dawna nosiliśmy się z zamiarem zaprezentowania tego szczególnego projektu.

Przyjrzyjmy się bliżej bryle budynku…


Światło dzienne urealnia budynek. Architekt wykazał sporo inwencji. Jest kilka zaskakujących rozwiązań. Najbardziej narzuca się pofałdowany dach. To on jest wizytówką obiektu. On jest widoczny z daleka, to on ma zostać zapamiętany przez hotelowych gości.


Budynek stoi na betonowych filarach, które są rozłożone niesymetrycznie, ponieważ asymetria jest zasadniczym motywem architektury budynku. Wszystko jest asymetryczne, oczywiście najbardziej dach budynku, ale także cała bryła, układ i geometria okien. Na zdjęciu poniżej dokładnie widać ową asymetrię. Mamy nieodparte wrażenie, że jest to pomnik architektury awangardowej, poszukującej. Architekt epatuje zniekształceniami. Przychodzi na myśl, że jest to budynek po … nalocie bombowym.

Budynek hotelu z bliska, w całej okazałości prezentuje się wspaniale. W tle widać fragmenty winnicy. Hotel oferuje 43 pokoje, winebar i restaurację. Podobno można tam skosztować nie tylko win hiszpańskich, ale najlepszych win świata.

Zajrzyjmy do wnętrza…


To jest korytarz hotelowy. Stalowe konstrukcje i lustra nadają wnętrzom modernistyczny wymiar z widocznym wpływem konstruktywizmu. Poniżej prawdopodobnie wnętrze winebaru.


Nie jest to restauracja, bo jej widok jest poniżej.

Jest wytwornie, a nawet onieśmielająco. Aż strach trzymać kieliszek z czerwonym winem; czerwona plama na obrusie będzie krzykliwie widoczna. My preferujemy jednak wnętrza takie jak poniżej.


Widok butelek z winem i wspaniałej panoramy miasteczka przez asymetryczne okno działa zachęcająco. Zmienilibyśmy tylko białe obrusy na kremowe, a nawet grafitowe. Wtedy można degustować nawet do rana. Po takiej degustacji można udać się na basen. Na czerwonej ściany zawieszono ramiona 100-letnich krzewów. Inspirujące.

Po kąpieli można leżakować i wpatrywać się w widok okolicznych winnic i miasteczka Elciego. Można także poddać się zabiegom pielęgnacyjnym opartym o grona, zwanych winoterapią. Można jednak mieć obiekcje do takich zabiegów, ponieważ lepiej chyba zrobić dobre wino z tych gron i nie marnować je na maseczki i kąpiele. Ale może takie podejście jest tyle pragmatyczne co małostkowe?

Zastanawiamy się nad rodzajem czerwieni, tej w basenie, ale też w innych elementach wnętrz. Doszliśmy do wniosku, że jest to kolor młodego Tempranillo, tuż po maceracji. Dlaczego zdecydowano się na taki właśnie kolor? Niechybnie, ma to nastroić gości hotelowych do … dłuższego pobytu.

Budynek zaprojektowała znana pracownia architektoniczna Frank O. Gehry.

1 Komentarz

niedziela, 5 Marzec 2017

3 butelki z Rioja

blog

Myślimy o winie z Rioja. Decydujemy się na wino z Rioja. Otwieramy wino z Rioja. Pijemy wino z Rioja. Degustujemy wino z Rioja. Oceniamy wino z Rioja. Zachwycamy się winem z Rioja. Kolejny raz. W ostatnim okresie otworzyliśmy kilka bardzo dobrych butelek z Rioja. Nadrabiamy zaległości. Dzieje się tak dzięki szwagrowi i Don Alberto. To oni rzucili wyzwanie. Na początku zachowywaliśmy pewien dystans, który powoli zamieniał się w zaskoczenie, a ostatecznie w umiarkowany zachwyt. Istnieje taki stan ducha. Wszak nie należy poddawać się zupełnie namiętności. Neofityzm wypacza doznania, jak każda skrajna emocja.

Otworzyliśmy 3 flaszki. Decydował szwagier. Don Alberto był prawdopodobnie jego cichym doradcą. Przybyliśmy na degustację i wiedzieliśmy, że będziemy kosztować wino z Rioja. Szwagier oznajmił, że pośród tych trzech butelek będzie jeden szczególny 200 Monges Seleccion Especial wyprodukowany w 2005 przez Bodega Vinicola Real. To pomnikowa reserva.

Mieliśmy degustować, jak zwykle, w półciemno. Trzy sesje, dwie półciemne i ostania jasna i forum dyskusyjne. Przy półciemnych próbach jest rotacja kieliszków, odgadywanie pozycji, ocena wina. Zawsze temu wszystkiemu towarzyszy pewien stres. Szwagier, jako mistrz ceremonii, nie jest zbyt przyjazny. On wymaga koncentracji, pietyzmu, no i formy degustacyjnej. Kto nie odgaduje zmienionych pozycji kieliszków – pomiędzy sesjami – naraża się na ostracyzm; jego oceny wina w zasadzie się nie liczą.

Szwagrowe degustacje mają coś wspólnego z klasówkami z młodości, egzaminami semestralnymi ze studiów. Gęsie skórka i zimny pot po plecach, to częste uczucia. Ale to wszystko wynagradza zawsze aromat i smak wina. Można się zblamować, ale przy okazji użyć.

Wiedzieliśmy, że w degustacji weźmie udział osławione 200 Monges, więc wskazanie tego wina nie powinno być trudne. Po prostu, wykosi inne wina. Gdyby tak było, że szwagier postawi na stół 200 Monges i dwie, choćby najlepsze, butelki zakupione w dyskontach, to wszystko byłoby łatwe. Wskazujemy 200 Monges, resztę  możemy pomylić. Szwagier niczego nie ułatwia; dołożył do 200 Monges dwa wspaniałe tytuły:

Reserva Carravalseca reserva 2003, Bodegas Primicia,


Portalon 2009, Bodegas San Martin de Abalos.

To istotnie skomplikowało sprawę, ale paradoksalnie także ułatwiło. Ten kto nie wskaże dwukrotnie kieliszka z 200 Monges będzie jakoś usprawiedliwiony. W końcu pomyli 200 Monges ze znanymi realizacjami. Szwagier często pokazywał nam butelkę Carravalseca Primicia, zapowiadał, że ją kiedyś otworzymy, jak przyjdzie czas. Została otwarta wraz z 200 Monges. Portalon także nie pojawił się przypadkowo. Tę butelkę szwagier posiadł przy udziale Don Alberto. Ale domyślaliśmy się, że 200 Monges miała podobną proweniencję.

Degustację rozpoczęliśmy klasycznie, od badania aromatów. W pierwszym kieliszku czuliśmy coś zielonego i kwiatowego, ale także wanilię. Czerwone owoce także wyczuliśmy, szczególnie porzeczkę. Ta kwiatowość mogła być tropem kupażu, jakim był Portalon, zawierał 15% Viura. Ciekawy aromat, ale prawdziwie zaskoczył nas bukiet wina z drugiego kieliszka. Zupełnie inny, żywszy z wyraźnym kontekstem siana i słomy, a także lekkiej skóry. Z owoców rozpoznaliśmy czereśnie. Gdzieś w tle majaczył zapach lekkiej lukrecji. Ktoś nawet rzucił, że wyczuwa mleko. Ten kontekst skóry wskazywałby, że jest to najstarsze wino, czyli Carravalseca. Dedukcja to znaczna umiejętność degustatorów, ale może także srogo zawieść.

Jednak prawdziwe zaskoczeni byliśmy aromatem trzeciego wina. Uderzyła nas koncentracja aromatu wskazująca, że będzie to wino ciężkie, złożone. Jednak ten aromat nie był taki wyraźny jak w poprzednim winie, był niby wyraźny, ale jakby elegancko wycofany, wyrafinowany, dyskretny. To są niby sprzeczności, bo jakże może aromat być równocześnie wyraźny i wycofany, a przy tym skoncentrowany i dyskretny? Tak czuliśmy i to nas właśnie zafascynowało.

Dyskrecja aromatu, to niewątpliwa jego zaleta. Nie może być tak, że po otworzeniu wina, nalaniu do kieliszków czujemy w całym pomieszczeniu wyraźny aromat. Taka rozrzutność jest podejrzana i w istocie trywializuje wino. To się zdarza, gdy otworzymy tani, nowoświatowy merlot, który został przygotowany w laboratorium do takich występów.

To trzecie wino oferowało prawdziwą plątaninę aromatyczną tworzącą monumentalny bukiet. Warto wspomnieć o: wiśniowej ziemistości, smolistości z nutą sadzy, leśnych jagód i ciemnej śliwki, wanilii i cynamonie. Pewnie można się doszukać także innych kontekstów, bo to prawdziwie złożony aromat. My nie będziemy epatować wymienianiem kolejnych kontekstów aromatu, bo popadniemy w pretensjonalność, jak pewien francuski degustator, który doszukał się podobno 62 aromatów w Chateau Lafite. My poprzestaliśmy na siedmiu motywach, ale nie nam się mierzyć z francuskimi degustatorami (w Polsce też podobno się już tacy pojawili). Szwagier doszedł do jedenastu…

Skosztowaliśmy pierwszego wina. Aromat doskonale wprowadził smak, jedna rzecz, która nas zdziwiła, to mineralność a w sumie wulkaniczność. Wyraźniej w smaku czuliśmy wanilię, ale także owocowość. Właściwa kwasowość dynamizowała wino. To dobre wino, ale mieliśmy pewne zastrzeżenie do niego. Czegoś w nim brakowało, ale trudno powiedzieć czego. Nie można w żaden sposób czegoś mu zarzucić, ponieważ było bardzo dobrze zrobione. Takie spostrzeżenie sformułowaliśmy już po skosztowaniu trzech win, ale to nie może dziwić. Pisaliśmy ostatnio relatywizmie

Zajęliśmy się winem drugim. Tak, tym z żwawym aromatem, który zachęca wręcz do wzięcia sporego łyka. Tak uczyniliśmy właśnie. Pierwsze wrażenie, to gładkość. Drugie, to kłująca kwasowość, może nawet ciut za mocna. Trzecie, to duża dynamika i intensywność. Potem długość i owocowy finisz. Wspaniale się piło to wino. Ono naprawdę wciągało, czarowało. Było dojrzałe, odpowiednie do otwierania i raczenia się nim. Wydawało nam się, że nic nas lepszego nie może spotkać tego degustacyjnego wieczoru.

Skosztowaliśmy trzeciego wina, tego z dyskretnie skoncentrowanym aromatem i wieloma motywami. No cóż, wszystkie wrażenia aromatyczne eksplodowały, zostały adekwatnie wzmocnione w ustach. Mieliśmy wrażenie wprost piętrowego smaku, który skanalizował się krwistą, wiśniową końcówką. Ktoś nawet rzucił, że czuje krew byka.

Jak smakuje krew z byka, tego nie wiemy. Ale to wino może być humanitarnym substytutem corridy. Ono oferuje to, czego nie jest w stanie zaoferować nawet osławiony matador Manolete. Wyimaginowane, ale sensualne przeżycie dosłownie krwawej corridy jest wskazane w XXI wieku, wieku zwierząt, byków także. To wino ma szanse zmienić hiszpańską tradycję i stać się instand classic. Tak, to było wino 200 Monges Sellecion Especial 2005. To prawdziwie monumentalne wino. Fascynowała jego długość i zmieniające się układy smaków, jak w kalejdoskopie. Uznaliśmy zgodnie, że to wino powinno się pić wyłącznie solowo, bo niepodobna przerwać tej feerii smakowej nawet kęsem najlepszego steku.

Po wypiciu trzeciego wina zapadło milczenie. Szwagier zaserwował nam muzyczną oprawę i zabrzmiała The Magician Manuela de Falla, a zaraz potem My Spanish Heart Chick Corea. Milczeliśmy, słuchaliśmy muzyki, czując ciągle smak 200 Monges. Takie stany mogą się zdarzyć podczas buddyjskiej medytacji. Ona jest bezpłatna, ale medytacja degustatora sporo kosztuje; 200 Monges nie sprzedają w dyskontowych promocjach.

Wszyscy zebrani bezbłędnie wskazali najlepsze wino, nikt nie pomylił pozycji kieliszków. Oceny wina sprowadzały się do wskazania drugiego i trzeciego miejsca. Partalon czy Carravalseca? Były kontrowersje, ale jednak większość wskazała na Carravalseca. Ale to wina podobnej klasy. Najlepszym dowodem na to jest to, że byli tacy, którzy je pomylili w kieliszkach w ciemno. Krótko mówiąc: te dwa wina były właściwym suportem dla 200 Monges.

Gdzie można zakupić te wina? Primicia można kupić w Polsce. Kondrat sprzedaje wina tego producenta, ale co do cen, to nie jesteśmy ich pewni, ze względu na raczej wysokie marże. Nie znaleźliśmy tam Carravalseca reserva. W sklepie firmowym bodegi można kupić Carravalseca  reserva za 24 euro. Partalon można kupić w www.viniteranio.pl za 111 zł. Nie znaleźliśmy tego wina w winesearcher, więc nie można porównać ceny, ale viniteranio stosuje dobre ceny, europejskie marże, więc można to wino tam właśnie kupić. 200 Monges także można kupić w viniteranio, ale teraz nie mają go w sprzedaży. Można je natychmiast kupić w znanym hiszpańskim sklepie http://www.gourmethunters.com/ za 192 zł z rocznika 2005.

1 Komentarz

sobota, 25 Luty 2017

Dwie butelki z Rioja i jedna z Cigales

blog1

Tydzień temu piliśmy magiczne wina z Ribera del Deuro. Tym razem otworzyliśmy dwie butelki z Rioja i jedną z mniej znanego regionu Cigales. Tej degustacji nie organizował szwagier, chociaż w niej uczestniczył. To była na swój sposób bardzo ciekawa i ważna degustacja. Stanęły naprzeciwko siebie dwa znane tytuły z Rioja. Jednym z nich jest osławione Monte Real w wersji gran reserva z 2007 roku wykonane przez Bodegas Riojanas. Drugim jest Digma wyprodukowane w 2005 roku przez Castelo de Sajazarra. W tej degustacji chodziło o starcie tych dwóch win, chociaż militarne słowo starcie jest złe, chodzi bardziej o pokojowe zestawienie. 

Otworzyliśmy także wino Vina Rufina, gran reserva z 1999 roku wyprodukowane w regionie Cigales przez Bodegas Santa Rufina. Kiedyś pijaliśmy wina tego producenta, po wielu latach postanowiliśmy sięgnąć po ostatnią butelkę emblematycznej serii Vina Rufina. Było trochę starsze od Riojas, ale wyprodukowano je ze 100% Tempranillo i z tego względu pasowało do zestawu. Postanowiliśmy stwierdzić, czy wprowadzi zamieszanie do pojedynku Riojas, a może nawet je jakoś pogodzi… 

Kosztowaliśmy w półciemno, jak zwykle. Widzieliśmy jakie wina pijemy, ale nie wiedzieliśmy, w których są kieliszkach. To nasza ulubiona forma degustacji trzysesyjnej; dwie pierwsze sesje w półciemno i trzecia już w jasno. Podczas trzeciej sesji można dyskutować, spierać się; tym razem padło dużo słów.

Poziom emocji był dość wysoki i już podczas pierwszej sesji ktoś rzucił zdumiewające stwierdzenie, że w jednym z kieliszków jest wino, które mu przypomina … Pinot Noir. To odkrycie wydało nam się kompletnie niedorzeczne. Beczkowe wina hiszpańskie mogą coś mieć wspólnego z Pinot Noir? Bzdura. Ale kolejni uczestnicy zaczęli potwierdzać kolejno to samo skojarzenie. Tak, w jednym z kieliszków było wino, które jakoś nawiązywało do pinota.

Aromat porzeczek, wiśni jest częsty w pinotach. W tym aromacie czuliśmy także delikatną organiczność i lekką kamienność. To z kolei kojarzyło nam się z loarskim cabernetem franc. Już same te skojarzenia zapowiadały coś ciekawego. Smak wina był naturalną konsekwencją aromatu; było intensywne, ale szczupłe, finezyjne. To upodobniało go do chambertina. Zgrabnie zrobione, zbalansowane, długie z owocowym finiszem. Co to mogło być? Musieliśmy czekać do końca degustacji, gdy wszystko stało się jasne.

Drugie wino było skrajnie inne. Aromat wyraźnej beczki, wanilii i wszystkiego co towarzyszy dobrze wypalonej beczce, czyli aromaty empireumatyczne. Mądrze zabrzmiało? To proste, te aromaty łączą w sobie efekty wynikające z ognia. W smaku było także zaprzeczeniem poprzedniego wina. Gdy poprzednie koncentrowało się na oszczędnej finezji, to w tym przypadku mieliśmy szerokość, grubość, wysokość, ocierało się to o redundancje. Wino było bardzo dobre, ale autor lekką ręką ofiarował liczne wrażenia. Można byłoby obdzielić bukietem i rozmiarem z 3 butelki wina. Posiadało dużą ilość tanin, można je jeszcze trzymać kilka lat.

Trzeci kieliszek także nas zaskoczył. W aromacie czuliśmy wyraźny owoc, co upodobniało go do pierwszego wina, ale dodatkowo oferował słodycz. Tak można czuć w aromacie słodycz. Czuliśmy także beczkę, nie tak jak w winie drugim, ale efekty beczkowe były tym winom wspólne. W ustach było zgrabne i tutaj podobne do wina pierwszego, ale do drugiego upodobniało go wielość kontekstów, tych wynikających z wypalonej beczki. Dobrze się je piło. To wino stanęło jakby w środku pomiędzy drugim i pierwszym.

Degustatorzy podzielili się na 3 obozy. Zwolennicy oszczędnej finezji, wyrafinowania pinotów opowiedzieli się zdecydowanie za winem pierwszym. A był to Monte Real, ta sławna od 1964 marka. Po degustacji zapoznawaliśmy z różnymi opisami tego, niby były zbieżne, ale myśmy jednak coś innego wychwycili w tym interesującym winie.

Jaki wpływ na odbiór wina ma fakt, że pijemy je w zestawieniu? Czy pite wino bez zestawiania z innymi winami smakuje inaczej niż w zestawieniu? Zaczęliśmy sobie stawiać takie pytania. Nie sposób odpowiedzieć na te pytania bez odniesienia się do problemu relatywizmu. Tak, w naszą degustację wkradły się wątki filozoficzne. Wino pite osobno i jego ocena i to samo wino pite w zestawieniu z innymi winami, które intencjonalnie bądź przypadkowo dobieramy do degustacji.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, że jakieś wino piejemy samodzielnie i nam smakuje, po czym zestawiamy je z winami zdecydowanie wyższej klasy Dzieje się wówczas coś dziwnego, wino które nam wcześniej smakowało wydaje się przeciętne, a nawet kiepskie. Tak się dzieję właśnie w wyniku zestawienia. Odwrotnie, to samo wino zestawione z gorszymi, niższej klasy zaczyna nam jeszcze bardziej smakować. A mamy do czynienia ciągle z tym samym winem. To działa jak jakieś czary.

Relatywizm opowiada się za kontekstem. Relatywiści twierdzą, że prawdę można odkryć wyłącznie w kontekście systemu, w którym istnieje oceniany byt. W naszej degustacji systemem były 3 butelki wina i każdy element, czyli butelka była oceniana w kontekście pozostałych dwóch butelek. Oceniliśmy Monte Real jako szczupłe i delikatne może dlatego, że piliśmy je w zestawieniu ze szczodrą, naładowaną Digma jako winem drugim?

Naszą percepcją można manipulować poprzez tworzenie intencjonalnych zestawień. To wiedzą absolutyści i dlatego tak mocno krytykują relatywizm. Podczas tej degustacji zrozumieliśmy, że jesteśmy zwolennikami relatywistycznej prawdy o winach, chociaż ona też ma swoje wady. Ktoś zaczął nawet się rozpędzać i mówić o relatywizmie moralnym, ale szybko go uciszyliśmy. Nasze degustację są wolne od ideologii i polityki.

Wszyscy, którzy lubią wina zdecydowane, mocne nie mieli wątpliwości i właśnie Digma wskazywali jako zwycięzcę degustacji. Ktoś nawet stwierdził, że Monte Real jest monotematyczne. Przesadził. Zabrzmiało to jak krytyka. Ten ktoś uczynił bezwiednie Digma odniesieniem, wzorcem. Miał do tego prawo, takie zabiegi dopuszcza relatywizm. Od razu pojawili się obrońcy Monte Real i opowiadali o tym, że najwspanialsze pinoty są podobne i też można im zarzucić monotematyczność, co jest po prostu niewłaściwym zarzutem. Taka jest uroda burgundzkich pinotów.

Te liczne konteksty w Digma wynikają przecież głównie z beczki i jej wypalania i są zabiegiem „doprawiania” wina. Rozgorzała wówczas dyskusja o beczkach, sposobach ich produkcji. Była mowa o czynniku ognia. Szwagier wygłosił syntetyczny wykład o fazach produkcji beczki i używaniu ognia do wyginania klepek z mokrego drewna dębu. Niektórzy się dziwili, inni nawet coś notowali. Ilość i pochodzenie ognia to zmienna, to podkreślił szwagier. Kolejna zmienna to wiek beczki. Jeżeli teraz uwzględnimy rodzaj dębu, to robi się układ macierzowy. W Digma nie żałowali francuskiej beczki, a te wypalali mocnym ogniem. To odłożyło się w Digma. Innych beczek użyli w tworzeniu Monte Real, podobnych do tych burgundzkich.

Niektórzy lubią kompromis i właśnie te osoby wskazały na wino trzecie. Zwolennicy kompromisu posiadają coś z oportunistów i konformistów. Tak powiedzieliby radykałowie, ale można docenić zwolenników Vina Rufina, to wino było naprawdę dobre. Co stwierdził szwagier? Otóż on nie szukał kompromisu, on go odnalazł; docenił wszystkie degustowane wina, w każdym znalazł coś szczególnego. Po jego oświadczeniu przybywało zwolenników doceniania każdego z pitych win bez konieczności szeregowania, przyznawania miejsc. Ta czynność jest oparta przecież o: wynoszenie i karcenie, nagradzanie i karanie, awansowanie i degradowanie. To niestety pokłosie źle rozumianego relatywizmu. To zbędna i przewrotna absolutyzacja relatywizmu. Wszędzie instalują się wirusy, w każdym systemie.

Istotą kompromisu jest solidarność, zgoda, sprawiedliwość; wyroki Salomona oparte były o kompromis. Obecnie kompromisy nie są modne, króluje dwuwartościowość bezwzględnego zwycięstwa albo porażki. I tak, poprzez swoje oświadczenie na temat degustowanych win szwagier zadał nam kolejną lekcję, dał nam do myślenia. Degustacje wina mogą być pouczające w szerszym wymiarze. Kontekście?

Gdzie kupić te wina? Digma, chyba najlepiej w Hiszpanii. Vino Rufina sprzedaje sklep firmowy producenta w Warszawie, cen nie znamy. Monte Real można kupić w http://viniteranio.pl/ za zaskakująco niską cenę 85 zł, to doskonała cena, sprawdziliśmy na winesearcher.

1 Komentarz

Starsze posty