sobota, 12 Grudzień 2015

ULISSES, MALARSTWO ABSTRAKTYJNE I WINO # 1

blog

„Stateczny, pulchny Buck Mulligan wynurzył się z wylotu schodów, niosąc mydlaną pianę w miseczce, na której leżały skrzyżowane lusterko i brzytwa. Żółty, nie przewiązany szlafrok powiewał za nim lekko w łagodnym, porannym powietrzu. Uniósł wysoko miseczkę i zaintonował:

– Introibo ad altare Dei.”

Pewnie wszyscy rozpoznali, że ten cytat, to początek wielkiej powieści Joyce Ulisses.

Otóż, wydarzenia jakie były naszym udziałem, jako żywo, nawiązują do powieści Joyce i perypetii bohaterów powieści. Wydarzenia swój początek wzięły od degustacji wina, którą przeprowadziliśmy u szwagra o godzinie 16.00, a nie od śniadania o 8.00, jak dzieje się w powieści Ulisses. Rozpoczynanie degustowania wina o 8.00 jest mocno perwersyjne, także jeżeli degustacja rozpoczęła się wieczorem dnia poprzedniego. Inna rzecz, że Robert Parker, ikona winiarskiej ewaluacji, pisał onegdaj, że programowe degustowanie rozpoczyna o 9.00, kosztowaniem szampanów. Parkera wszystko usprawiedliwia, ale my najwcześniej rozpoczynamy degustowanie o 16.00. Tak też było tego dnia. Nic jednak nie zapowiadało tak niesamowitych zdarzeń. Ot, zwykła degustacja, nalewanie, kosztowanie, komentowanie, tworzenie notatek degustacyjnych.

W trakcie czynności degustacyjnych zadzwonił … nie Leopold Bloom, a znany i powszechnie szanowany obywatel naszego miasta i bezceremonialnie zaprosił nas wystawę malarstwa abstrakcyjnego. Przyjęliśmy tę propozycję entuzjastycznie. Degustowaliśmy krzepkie wina z Apulii, a one skłaniają zawsze do entuzjazmu. L.Bloom był akwizytorem, ale także erudytą. Człowiek, który nas zaprosił na wystawę to inżynier dość wąskiej specjalizacji, ale jak się okazało także miłośnik malarstwa abstrakcyjnego. To nie jest przypadkowa zbieżność. Pozornie wydawać by się mogło, że nic nie łączy ze sobą nauk technicznych ze sztuką abstrakcyjną, a jednak okazało się inaczej. Sposób w jaki nas zaprosił inżynier wąskiej specjalizacji na ową wystawę wskazywał, że bywanie na wystawach malarskich traktuje niemalże tak, jak my regularne degustację wina. To już nas zastanowiło, a może nawet onieśmieliło.

Tak też rozpoczęła się nasza peregrynacja po mieście, po Nowym Sączu. Nasz miasto nie przypomina bardzo Dublina, ale wędrowanie po każdym mieście ma jednak coś wspólnego. Okazało się, że wystawa malarska zorganizowana jest w bibliotece miejskiej obok emblematycznego rynku miasta. Nasz inżynier-przewodnik dziarsko prowadził nas do wejścia, ale okazało się, że wystawa malarstwa jest nieczynna. Oznajmił to człowiek pełniący funkcję strażnika. Jak się okazało, w pomieszczeniach wystawy odbywa się aktualnie zebranie koła senioralnych kobiet, nie zostaliśmy poinformowani o przedmiocie działalności owego koła. Nasza ekscytacja wzrastała. Nie tylko inżynierowie wąskich specjalizacji upodobali sobie malarstwo abstrakcyjne, ale także kobiety zaawansowane wiekowo zrzeszające się w koła. A nam się banalnie wydawało, że w naszym regionie kobiety w słusznym wieku zrzeszają się w koła różańcowe i odnowy moralnej. Ciekawe co by na to powiedział Wassily Kandinsky? Inżynierowie i starsze kobiety w małych miastach na południu Polski upodobały sobie malarstwo abstrakcyjne. To może zbyt duże uogólnienie, ale ładnie brzmi. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że jako wielbiciele wina za chwilę zaliczymy się także do grupy miłośników malarstwa abstrakcyjnego, co jeszcze bardziej zdywersyfikuje jego populację. Abstrakcja dopuszcza różnorodność.

Leopold Bloom obserwował kobiety w dublińskim kościele, my tę, cokolwiek perwersyjną,  czynność powtórzyliśmy w galerii. Zostaliśmy litościwie wpuszczeni do środka przez pana strażnika w wyniku skutecznej perswazji inżyniera dość wąskiej specjalizacji. Kobiety zdawały kompletnie nie interesować powieszonymi obrazami, rozmawiały namiętnie o jakichś sprawach, czuły się tak ośmielone, że uznaliśmy zgodnie, że bywają w tym miejscu codziennie, stąd ich swoboda w zachowaniu. Nawet nas nie zauważyły, gdy weszliśmy do pokoju, w którym siedziały i piły herbatę. Okazało się, że w tym pomieszczeniu wiszą zdumiewające wprost obrazy, czyli nie wybrały pierwszego, lepszego pokoju, tylko taki, gdzie wisi korona kolekcji. Nie ma zatem żadnego przypadku. Ale i inżynier wąskiej specjalizacji poruszał się po wystawie, jak po swoim domu. Stanął naprzeciwko jednego z obrazów i oświadczył: – ten obraz jest najlepszy. Powiedział to takim tonem, który wymuszał respekt. Po czym kontynuował: – Rysiek namalował go w szczytowej fazie swojej twórczości. Oniemieliśmy. Nie dość, że zaserwował nam umiejętność oceny, to jeszcze walidował okresy twórcze Ryśka, co wskazywało, że zna osobiście autora. My nigdy nie wypowiadaliśmy się tak jednoznacznie i apodyktycznie o kosztowanych winach, co dopiero mówić o zażyłościach zwinemakerami. Dzięki temu zdaliśmy sobie sprawę, w jakim my jesteśmy miejscu, nie tylko jeżeli chodzi o otrzaskanie w malarstwie abstrakcyjnym, ale i percepcję wina  gronowego. W tym momencie żałowaliśmy, że nie ma wśród nas szwagra, który w kwestiach winiarskich jest wyjątkowo oblatany, ale i ratowałby nasz honor w tematyce malarskiej.

Już nawet teraz okazuje się, że czynimy faux pas pisząc: malarstwo abstrakcyjne, wystawa, obrazy. Nie pisząc od razu, kto był autorem tej wystawy. Autorem wystawy był Ryszard Miłek, mieszkaniec Nowego Sącza. Dwukrotny laureat prestiżowych nagród (2 i 3) Światowym Biennale Sztuki w Londynie, coś w rodzaju malarskich mistrzostw świata. Innych nagród nie będziemy wymieniać, a także: gdzie bywał, gdzie wystawiał, kogo zna, kto kupował obrazy. Poniżej jest obraz, który Miłek prezentował w Londynie.

Chyba nawet nasz inżynier wąskiej specjalizacji stanął właśnie przed tym obrazem, albo podobnym i stwierdził, o czym napisaliśmy wcześniej. Nic więcej nie mówił, ale my patrząc na ten obraz zastanawiamy się… nad współistnieniem formy i treści. A może to w ogóle nie o to chodzi. Chodzi o wrażenia, które formułują się w strumień świadomości. Taką właśnie techniką modelowania narracji posłużył się James Joyce w Ulissesie. Pomyśleliśmy o degustacji i przeżywaniu wina: czy nie należy jednak zrezygnować z podejścia strukturalnego na rzecz wrażeniowo-intuicyjnego? Należy definitywnie skończyć ze statyczną inżyniersko-konstruktywistyczną inklinacją, a zdecydować się na intensyfikację strumienia wrażeń, który odciśnie się na świadomości w postaci trwałości pamięci. Dzięki temu zbudowana zostanie w pamięci galeria wrażeń smakowych o dalece zróżnicowanej morfologii. Z owej galerii będzie można pobierać w dowolnej chwili jej fragmenty, konkretne smaki, atomy smakowe, ale także bardziej rozbudowane formy smakowe, a nawet ekstatyczną syntezę smakową złożoną z milionów kombinacji smakowych. W każdej chwili degustator będzie mógł przywołać dowolny układ smakowy, nawet bez potrzeby otwierania butelki wina, co z pewnością będzie z korzyścią dla jego wątroby.

Trochę odpłynęliśmy, ale tak się dzieje, jeżeli się kontempluje malarstwo Ryszarda Miłka. Kiedyś jego dobry znajomy, nieżyjący reżyser Krzysztof Krauze oświadczył: „Przeżywam pastele Ryszarda Miłka jak muzykę jazzową. Słyszę współpracujące ze sobą instrumenty. Słyszę partie solowe: tu saksofon, tam perkusję, dalej kontrabas. Wi­dzę nieustanną rozmowę zawsze czujnych, nasłuchujących się wzajemnie muzyków przemienionych w kolory i formy. Odnajdu­ję powoli linę melodyczną. Spróbujcie tak na to spojrzeć, odkryjecie nową przestrzeń tych niezwykłych obrazów”. Frapujące skojarzenia i porównania. Ale skoro, ktoś tak odczuwa? Jeżeli malarstwo Miłka można porównać do dźwięku, do jazzu, to dlaczego nie zestawiać z wrażeniami smakowymi? Malarstwo Ryszarda Miłka i smak wina. Oto nasza deklinacja! Jeden obraz będzie przypominał barolo, a inny chablis, jeszcze inny rieslinga smaragd z Wachau. Ten wyżej może przywoływać mocno mineralny chenin blanc z loarskiego Jesnires. Malarstwo abstrakcyjne daje duże możliwości…


Powyższy obraz Ryszarda Miłka nosi tytuł Martwa natura z butelkami. To także dowód, że artysta szuka kanalizacji swoich artystycznych emocji w malowaniu butelek. Stwierdzamy jednoznacznie, że są to butelki po winie. Jeżeli tak, to jest to dowód, że łączenie ekspresji artystycznych Miłka z winem nie jest pozbawione sensu. Inna rzecz, każdy posiadacz piwniczki na wino powinien marzyć o powieszeniu takiego obrazu w piwniczce. Pisaliśmy wielokrotnie o obrazach, rzeźbach w piwniczkach. Butelka po lewej stronie obrazu, ta z refleksami czerwieni, jest niesamowita. To ewidentny dowód na to, że czerwoność jest nieskończona i jest składnikiem wszystkiego. Butelka czerwonego wina nigdy się nie kończy i ma mityczny, syzyfowy kontekst. W tej butelce znajdowało się, a nawet nadal znajduje się krwiste Sangiovese. A komuniści powinni zostać pozbawieni prawa do wykorzystywania koloru czerwonego.


Ten obraz Ryszarda Miłka docenili francuscy krytycy. Nie dziwi nas to. Kolor młodego burgunda i akt kobiecy są bardzo francuskie w wymowie. Autor nas ewidentnie przestrzega. My to odbieramy bezpośrednio. Nie można łączyć skrajnych spraw. Ale najważniejsze, aby wystrzegać się demonicznych kobiet i młodego Pinot Noir. To co łączy te dwie sprawy, to ból głowy. Kobieta na obrazie ma wiele wspólnego z Helą Bertz z powieści Pożegnanie Jesieni Witkacego. Ale i pewne aspekty życiorysu Ryszarda Miłka nawiązują do dylematów powieściowego Atanazego Bazakbala.

Ten obraz to kolejne potwierdzenie istotności i roli koloru czerwonego w rzeczywistości. Naszym zdaniem jest to panoramapasma Jaworzyny Krynickiej z perspektywy Nowego Sącza. Wiemy o tym, ponieważ szwagier ma taki widok z okna swojego pokoju. Domki jednorodzinne z ogródkami, ludzie grillują i wszystko jest niby sielskie, prawie jak u Nikifora. Pojawia się jednak pytanie: skąd ta przenikliwa czerwień w różnych odcieniach? Ona wynika z winy i nadziei. …bo winą jest dużą, popsować gniazdo na gruszy bocianie, bo wszystkim służą… (ckm)

Po godzinnym zwiedzaniu wystawy wyszliśmy na ulicę, tyle skołowani, co chaotycznie zainspirowani. Inżynier wąskiej specjalizacji złożył kolejną propozycję, aby teraz udać się na turniej brydżowy. Ta impreza jest cyklicznie organizowana w kawiarni, która sąsiaduje z sklepem winiarskim, a nawet mieści się w tym samym budynku. Tak, są takie miejsca w Nowym Sączu. Jest godzina 17.00. W tym czasie powieściowy Leopold Bloom odwiedza knajpę, gdzie spotyka człowieka znanego z szowinistycznych i antysemickich poglądów. Niestety, tacy ludzie kręcą się także po Sądecczyźnie, ale lepiej grać w brydża, niż z nimi dyskutować. Pochwaliliśmy zgodnie propozycję inżyniera wąskiej specjalizacji. Udaliśmy się do owego ekscytującego miejsca jego pojazdem mechanicznym.

Dalsze wypadki tego dnia, wieczora i nocy można przeczytać w kolejnych częściach:

Ulisses, malarstwo abstrakcyjne (brydż) i wino #2.

Ulisses, malarstwo abstrakcyjne i wino #3.

Ulisses, malarstwo abstrakcyjne i wino #4.

DUE

Dodaj komentarz