sobota, 4 Październik 2014

Do Sieny

blog

Co można robić w Toskanii? Najlepszym pomysłem jest picie czerwonego wina. Jeżdżenie od miasteczka do miasteczka, od winnicy do winnicy. Napawanie się widokiem toskańskiego krajobrazu. Kopuły zielonych wzgórz, a na ich szczytach fattorie winiarskie, a wzdłuż drogi przystojne cyprysy. Rzędy winogron, gaje oliwne i całe mnóstwo lawendy. Jesienią widok nabiera barw wynikających z pory roku. Wszystko ma bajkowy, magiczny charakter.

Czy można bardziej dotknąć toskańskiej ziemi, jak pijąc wino nalewane przez toskańskiego winiarza? To właśnie oni są solą tej ziemi. Kto może lepiej rozumieć ziemię? Tylko ten, kto jest jej najbliżej i jest od niej uzależniony, tak bardzo jak winogrodnik. Nie można poznać Toskanii nie poznając tamtejszych winiarzy.

Z San Gimignano wyjechaliśmy po dziewiątej. Jechaliśmy na wschód, na południowy wschód. Rosa opadła, szafirowe niebo, dojrzała, gorzka zieleń. Jedziemy do Sieny. Miasta gibelinów, onegdaj popierających cesarstwo. W czasach Dantego Rzeczpospolita Sieneńska prowadziła zaciekłe wojny z Rzeczpospolitą Florencką, z gwelfami, zwolennikami papiestwa. Siena i Florencja. Odległość zaledwie 80 km, a te dwa miasta różnią się mocno, chociaż coś je jednak łączy…

Florencja jest internacjonalna, bogata, wystawna, ekstrawertyczna. Siena, jakby z innego świata. Jest introwertyczna i enigmatyczna. To prawdziwie średniowieczne miasto. Miasta państwa mocno się zwalczały. Walki gibelinów i gwelfów były ciągłe.

Średniowiecze to takie czasy. Walka nie polegała wyłącznie na używaniu miecza, była także walka na słowa, na legendy i mity, toczyła także się w poezji. Taka swoista wojna totalna.

Czy walka toczyła się także na polu winiarskim? Czy można mówić o winach z rodowodem sieneńskim i florenckim? Mamy Colli Fiorentini, mamy Rufina. To wina z pobliża Florencji. Colli Senesi to chianti sieneńskie. Ale jak podzielić wielkie Chianti Classico? Czy mamy do czynienia z CC florenckim i sieneńskim? Legenda mówi, że miasta dzieliły winiarską strefę wpływów, opowieść o czarnym kogucie, o rycerzach jadących ze Sieny i Florencji. Podobno spotkali się w Fonterutoli, tuż obok Sieny. Jeżeli tak, to większość regionu CC należy do Florencji. Ale przecież to tylko legenda. My dokonamy jednak innego, własnego podziału regionu Chianti Classico.

Przyjmijmy, że istnieją dwa style. Podzielimy CC na dwie strefy wpływów. Florencji przydzielimy następujące części: 1) San Casciano in Val di Pesa, 2) Greve in Chianti, 3) Tarvanele in Val di Pesa, 4) Barberino Val d’Elsa. Siena to 4 regiony: 1) Castellina in Chianti, 2) Gaiole in Chianti, 3) Radda in Chianti, 4) Castelnouvo Berardegna. Zakładamy, że jest sprawiedliwy podział, chociaż przydzielenie Radda będzie sporne. No dobrze forujemy trochę Sienę, bo mamy do niej słabość. Czy z tego podziału coś wynika? Jeżeli on miałby tak wyglądać, to mając ciężki wybór wybralibyśmy wina producentów ze Sieny. Wybralibyśmy wina od: Felsina, Rentennano, Fonterutoli, Brancaia, Castello di Ama. Gdyby wina z Radda przydzielić Sienie, to doszliby tacy producenci jak Volpaia, Rampolla, Fontodi. Florencji przypadnie wielka Querciabella, ale i Scalette, Quercetto, La Massa i Antinori. Przy takim podziale wybieramy strefę Sieny. Jakbyśmy awansem doliczyli jeszcze Isole e Olena (chociaż to Barberino) do sieneńskiej strefy CC, to już nie byłoby żadnych wątpliwości.

Nie będziemy kokietować opowieściami, że dopatrujemy się różnić pomiędzy CC z Castellina i Greve. Nie wyczuwamy takich. No może szwagier wyczuwa, my niestety nie. Podobno obiektywnie różnice istnieją. Różnice można wyczuć pomiędzy winami od Querciabella, a powiedzmy od Felsina, ale czy jest jakaś cecha wspólna dla win z Doliny Ruffoli obok Greve? Pewnie jest, ale chcielibyśmy doświadczyć osobiście, jak ktoś w ślepej próbie wskazuje, wyławia na przykład 3 wina z Ruffoli spośród 10 innych CC. No, może głęboki owoc CC od Poggio Scalette można rozpoznać od razu.

Siedząc na zdumiewającym rynku w Sienie zadawaliśmy sobie trudne pytania. Zarówno pytania dotyczące wina, historii Sieny, ale także odczucia specyficznie płynącego czasu w tym miejscu. Nie mogliśmy jednak zrozumieć: dlaczego rynek, główny plac w Sienie jest pochylony? To chyba jedyny na świecie taki plac w centrum miasta, który posiada takie nachylenie. Kontemplowanie placu Il Campo to zdecydowanie przyjemne uczucie.

Jako punkt obserwacyjny wybraliśmy sobie trattorie na górnej części Campo. Zamówiliśmy kieliszek wina. Było to Chianti Classico od San Giusto Rentennano, rocznik 2008. To finezyjne i eleganckie wino idealnie pasowało do wysmakowanych widoków kamienic z czerwonej cegły. Tak, czerwona cegła i czerwone wino w kolorze ceglastym, bo 6-letnie chianti miewa takie kolory.

Kontemplując sieneńskie Il Campo usłyszeliśmy polską mowę, która zupełnie dobrze pasowała do scenerii. Oto przechodziły z werwą dwie intrygujące kobiety, które głośno rozmawiały o swoich wrażeniach z ich niedawnej wizyty w Fattoria di Felsina i San Giusto Rentennano. My mieliśmy w szklankach CC od Rentennano, a one zastanawiały się nad wyższością chianti classico Rentennano nad winami z Felsina. Tak, to wielki problemat, o takich sprawach rozmawia się będąc na Il Campo. Czy nie jest to wspaniałe? Kobiety z naszej styranej Ojczyzny dyskutujące na takie tematy? Nie śmialiśmy im nawet przerywać, po chwili zniknęły za rogiem jednej z uliczek wpadających do Il Campo. Może szły coś zjeść, a może zobaczyć renesansowe Doumo. Takie spotkania to zdeterminowany … przypadek. A może nam się to tylko wydawało, że widzieliśmy i słyszeliśmy owe zjawiskowe kobiety? Nielinearnie płynący czas i interwałowe wydarzanie się mogą płatać różne figle na Il Campo. Mogą zdarzać się zatem turbulencje przestrzenno-czasowe i inne zakłócenia percepcji. Chianti Classico jest także krzepkim winem…

Dlaczego mamy słabość do Sieny? Tylko tutaj są tak ciasne i kręte uliczki, gdzie w balkonach można jeszcze spotkać ekspozycję suszonej bielizny. Usłyszeć głośne nawoływanie matek, bo spaghetti już jest na stole. Mężczyźni, którzy pamiętają jeszcze wojnę, palą leniwie popijając chianti ze szklanek. Tutaj koty prowadzą wspaniałe życie kocich kloszardów. Tutaj chadzał Zbigniew Herbert, zachwycał się architekturą, malarstwem i klimatem Sieny. Napisał wspaniały esej Siena. Opisał w nim degustację wina, chianti classico. W jakieś trattorii, gdzie jadł pizza właściciel oświadczył, że robi „najlepsze chianti w Sienie”, a jego rodzina produkuje wino od czterystu lat. Takie oświadczenia mają swoją urodę, są tyle nieskromne, co zabawne. Tak, to oświadczenie czyni to chianti najlepszym w Sienie, pitym dokładnie o 16.32, ale tylko o tej ulotnej porze. O 16.33 może już nie być najlepszym, bo w innej trattorii w Sienie, inny właściciel oświadczy, że to jego chianti właśnie jest najlepsze i także będzie miał rację.

Wszak zasadą bezsporną jest, że jeżeli wytwórca podając gościowi szklankę swojego chianti i jednocześnie proklamuje, że jest to „najlepsze chianti w Sienie”, to wówczas tym samym to chianti staje się najlepszym – w interwale czasu – gdzieś pomiędzy napełnieniem szklanki, a przełknięciem owego chianti przez gościa. To trwa jakieś 50 sekund. To niedługo, ale jednak jest wtedy to chianti „najlepszym chianti w Sienie”. Pamiętajmy o tym. Nie dziwmy się niczemu, a bynajmniej nie dopatrujmy się w takich proklamacjach pyszałkowatego narcyzmu.

Herbert ciekawie opisał degustowanie „najlepszego chianti w Sienie”, po nalaniu do szklanki wina przez właściciela: teraz patrzy na mnie zza lady, co będę robił z tym cennym trunkiem. Należy nachylić szklankę, aby zobaczyć, jak płyn spływa po szkle, czy nie zostawia śladów. Następnie podnosi się ją do oczu i, jak mówi pewien francuski smakosz, zatapia się oczy w żywych rubinach i kontempluje się jak chińskie morze pełne korali i alg. Trzeci gest — zbliżyć brzeg szklanki do dolnej wargi i wdychać zapach mammola — bukietu fiołków oznajmiających nozdrzom, że chianti jest dobre. Zaciągnąć się tym aż do dna płuc tak, żeby mieć w sobie woń dojrzałych winogron i ziemi. Wreszcie — ale unikając barbarzyńskiego pośpiechu — wziąć w usta mały łyk i językiem rozetrzeć ciemny, zamszowy smak na podniebieniu. Uśmiecham się w kierunku patrona z uznaniem. Nad jego głową zapala się wielka lampa radosnej dumy. Życie jest piękne i ludzie są dobrzy…

Siedząc na cudownym, sieneńskim ryneczku czytaliśmy esej Herberta. To najlepsze miejsce dla lektury tego tekstu. Tyle razy trzeba go przeczytać, ile razy jest się w Sienie. Kupiliśmy jeszcze jedną szklankę chianti, tym razem od Brancaia, rocznik2008. Ta szklanka nas prawie powaliła. Wino było cudownie zharmonizowane, aromatyczne, głębokie, z czekoladowym finiszem. Fiołków niestety nie doszukaliśmy się. Co należy zrobić, po wypiciu szklanki takiego wina? Tak, należy zjeść spaghetti. Herbert ciekawie zwrócił uwagę, że właśnie spaghetti trzeba jeść na początku posiłku i pić wino koniecznie ze szklanek, a nie kieliszków. To ciekawa uwaga. Liczy się treść, nie forma.

Spacerując po uliczkach Sieny szukaliśmy świeżej, suszącej się bielizny, ale niestety nie udało nam się zachwycić się tym widokiem. Znaleźliśmy za to hotel, gdzie mieszkał Herbert i tablice pamiątkową. To było miłe uczucie. Może nawet dumy narodowej, ale w dynamice pianissimo.

Tablica wisi na elewacji hoteliku, w którym mieszkał Herbert w 1959 roku. Upamiętnił ten hotel poprzez wspaniały początek eseju Siena:

Z okien mego pokoju w hoteliku „Pod Trzema Dziewuszkami” („Tre Donzelle”)’ widok na Sienę ogranicza się do ciemnych oficyn, kota na parapecie i świeżo wywieszonej galerii bielizny. Wychodzę na miasto wcześnie, aby przekonać się, czy rację miał Suarez, który napisał, że rankiem Siena pachnie bukszpanem. Niestety. Pachnie ekskrementami samochodów. Szkoda, że nie ma konserwatorów woni. Cóż by to była za przyjemność w Sienie, najbardziej średniowiecznym mieście włoskim, przechadzać się w chmurze Trecenta.

W 2008 roku hucznie obchodzono 10 rocznice śmierci poety. Cała Siena była oblepiona plakatami. Mottem memoriałowej imprezy było oświadczenie Herberta „tu byłem szczęśliwy”. Wydaje nam się, że można być szczęśliwym w tym miejscu. Kontemplować atmosferę miasta, pić Chianti Classico, jeść spaghetti, a potem bistecca. Do steku można pozwolić sobie na kolejny kieliszek, ale tym razem brunello. Montalcino jest niedaleko, więc i to miasteczko możemy zaliczyć do winiarskich terenów należących do Sieny i jej wpływów. Po takiej uczcie można przeczytać esej Siena popijając niezbyt słodkie vin santo w towarzystwie filiżanki kawy. A Vin Santo od Isole e Olena

W Sienie można odkryć, że rzeczywistość może mieć wiele twarzy, że można je poznawać, ale i się w nich zagubić. Można także odkryć sieneńską rzeczywistość, a w sumie wizję, trochę oniryczną, ale fascynującą tym, że nie można jej poznać do końca. Wypite chianti classico w umiarkowanym nadmiarze pomaga coś zrozumieć, ale rano znowu jest problem z interpretacją. Trzeba pić chianti classico!

DUE

3 Responses to “Do Sieny”

  1. […] się dzisiaj wkręciłem, a to między Szwagra, Don Alberto, Sienę Herberta na Piazza del Campo, które to elementy nieomal karaibskiego albo pirackiego wiru w […]

  2. Elwira pisze:

    Piękna Przygoda w Toskanii z winem i krajobrazem :-)) Świetnie opisane!! Dziękujemy..

  3. Elwiry pisze:

    DZIĘKUJEMY :-)

Dodaj komentarz