sobota, 14 Czerwiec 2014

Once Upon a Time in Trieste – triesteńskie reminiscencje

wino1

Dawno temu byliśmy w Trieście. Było to latem. Wyjechaliśmy z Nowego Sącza pociągiem. Bilety wykupiliśmy do Wenecji. Nigdy tam nie dojechaliśmy, ponieważ zatrzymaliśmy się w Trieście. Wenecja jest prozaiczna w swojej doskonałości. Triest natomiast jest inspirujący, zawieszony w międzykulturowej przestrzeni. W drodze do Triestu minęliśmy Budapeszt, Zagrzeb, Lublanę. Wszędzie zatrzymaliśmy się na jedną dobę. Prawdziwa, kolejowa CK trasa. Wjechaliśmy wreszcie do Triestu. Nie przypuszczaliśmy jednak, że zatrzymamy się tutaj na dłużej. Nie zatrzymało nas nic konkretnego. Po prostu, nie chcieliśmy zbyt szybko opuścić tego miasta. Kto widział Anioł zagłady Luisa Bunuela, ten zrozumie o co idzie. W naszym przypadku jednak nie chodziło o przymus, a o nieodpartą chęć pozostania w Trieście…

Było gorące przedpołudnie. Portowy plac nad zatoką. Weszliśmy do ogródka gustownej restauracji. Przy stołach siedzieli Włosi, w większości emeryci. Jedni grali w szachy, inni pili zimne napoje, głównie białe wino. Nie chcieliśmy się odróżniać od innych, chociaż walizki zdradzały, że jesteśmy przyjezdnymi; ciekawskimi, wszędobylskimi turystami, powierzchownie przemieszczającymi się po Trieście. Krępowało nas to wyobrażenie. Zamówiliśmy białe wino. Kelnerka po chwili przyniosła oszronione kieliszki pełne zielono-żółtego płynu. Położyła kieliszki na stole. Szwagier zadał kelnerce pytanie, jakie to jest wino. Ona odparła, że … białe. Szwagier nalegał o podanie nazwy szczepu. Kelnerka jej nie znała. Była młoda i wiek ją usprawiedliwiał. Może nie pamiętała imion swoich wszystkich kochanków, a co dopiero nazwy szczepów. Z ostatniego stolika ktoś podniesionym głosem powiedział: pinot grigio. Szwagier, nie wiadomo po co, zapytał kelnerkę o nazwę producenta. Nie znała nazwy. Zażądał karty win i zabrania tych kieliszków z winem. Podpadł wszystkim. To małostkowość; mogliśmy wypić to co zostało przyniesione i zamówić potem inne wino. Siedzący przy stołach tubylcy popatrzyli na nas z pewną niechęcią, jak na dziwaków, rozkapryszonych turystów. Kelnerka przyniosła kartę win, szwagier kartkował i zamówił … pinot grigio. Głośno podał nazwę szczepu i producenta, aby wszyscy słyszeli. Zrobił to intencjonalnie. Nie wiedzieliśmy wówczas, co oznacza nazwa Livon. Dzisiaj już wiemy, że to znany lokalny producent, czołówka apelacji Friuli. Kelnerka przyniosła butelkę i wielkie kielichy, inne niż mieli wszyscy na stołach. Wypiliśmy. Perlisty, głęboki, orzeźwiający smak. Przebaczyliśmy szwagrowi. Sąsiedzi zaczęli patrzeć na nas z zaciekawieniem, a nawet uznaniem. Livon to budząca szacunek marka w Trieście.

Naszym planem na popołudnie było odwiedzenie sklepów winiarskich i zapoznanie się z szerszą bazą tutejszych win z Friuli, dokładnie z Wenecji  Juliańskiej. Chodzenie po każdym południowym mieście, przy upale prawie czterdziestostopniowym, jest pomysłem masochistycznym. Szwagier tak zarządził, bo on był kierownikiem naszej wyprawy. Odwiedziliśmy dwa sklepy winiarskie. W pierwszym skosztowaliśmy kilku pinot grigio i friuliano. Zakupiliśmy jednak butelkę z endemicznego szczepu o nazwie Vitesca. Sprzedawca twierdził, że jest to szczep wytwarzany tylko przez jednego producenta w Friuli, absolutny unikat, jednorożec. Spróbowaliśmy wina i było wspaniałe. Już nigdy nie udało nam się znaleźć tego producenta w Friuli, chociaż szukaliśmy. Dzisiaj zastanawiamy się, czy to w ogóle się wydarzyło. Może po latach coś pokręciliśmy i ten szczep nazywał się zupełnie inaczej, a myśmy nie zrozumieli sprzedawcę. Zostało nam jednak nieodparte wspomnienie, że piliśmy najlepsze białe wino z regionu Friuli, ze szczepu vitesca.

W drugim sklepie winiarskim zatrzymaliśmy się dłużej. Wizyta zamieniła się w skromną  biesiadę z właścicielem, jak się okazało tego i poprzedniego sklepu także. Pokazaliśmy mu zakupioną butelkę naszej vitesca. Zapytał, gdzie ją kupiliśmy. Szwagier zażartował, że na dworcu. Wyraźnie zdenerwowany właściciel dopytywał się, na jakim dworcu. Podaliśmy mu prawdziwe miejsce zakupu i odetchnął, że to jednak w jego sklepie. Powiedział, że to szczególne wino i on ma absolutną wyłączność na jego sprzedaż. Butelka vitesca stawała się coraz ważniejsza dla nas, stała się dobrym wspomnieniem winiarskiego Triestu.

Ucięliśmy sobie ciekawą pogawędkę z właścicielem, jak się okazało potentatem sprzedaży detalicznej win w Trieście. Polewał nam mocno różnych wspaniałości z Friuli, a miał spory magazyn. Piliśmy głównie wina białe. Dowiedzieliśmy się, że podczas upalnej pogody statystyczny Włoch, a na pewno mieszkaniec Triestu wypija minimum litr białego wina dziennie i trzy litry wody. Tak tutaj się walczy z upałem. O statystykach marskości wątroby nie powiedział, konwencja spotkania wykluczała pytanie go właśnie o to.

Zbliżał się wieczór. Chcieliśmy znaleźć restaurację z doskonałym jedzeniem. Owoce morza i inne regionalne przysmaki, to chcieliśmy właśnie skosztować. Szwagier, maksymalista, stwierdził, że musi to być najlepszy lokal gastronomiczny w Trieście i niekoniecznie taki wskazywany przez przewodniki. Ale jak taki lokal odnaleźć? Nie mieliśmy pojęcia, jak to zrobić. Szwagier miał plan. Podszedł do zagadnienia metodycznie, z użyciem technik statystycznych. Wytypował próbę badawczą w postaci: czterech taksówkarzy, trzech kelnerów, właściciela sklepu winiarskiego, dwóch przypadkowych mieszkańców Triestu. Do uzyskania danych wykorzystał ankietę uliczną. Wskazania padły różne, ale 5 osób wskazało na małą restauracyjkę na obrzeżach miasta. Nazwy niestety nie pamiętamy.

Udaliśmy się do tego miejsca piechotą, połączyliśmy to ze zwiedzaniem miasta. Szliśmy bodaj dwa kilometry i ledwo doszliśmy, rozgrzane miasto potrafi zmęczyć. Wreszcie znaleźliśmy się na miejscu. Była to maleńka trattoria z pięcioma stolikami nakrytymi ceratą. Długa lada. Było normalnie, ale prozaicznie. Nie czuliśmy, że to jest lokal, w którym mogą podawać najlepsze potrawy w mieście. Może mamy zbyt linearne wyobrażenie o dobrych lokalach. Byliśmy kompletnie zaskoczeni. Popatrzyliśmy z wyrzutem na szwagra, ale on był niewzruszony. To miał być najlepszy lokal w mieście?! Może ci indagowani przez szwagra Włosi zrobili nam kawał, że wzgardziliśmy prostym pinot grigio? Różne głupie myśli przychodziły nam do głowy.

Za barem ukazał się niski, podstarzały, otyły, łysawy Włoch w białym podkoszulku na ramiączkach. Jakoś nie kojarzył nam się doskonałą kuchnią. Do tego do tej klitki wpadło bodaj dziesięciu kierowców skuterów, którzy zaparkowali na chodniku. Weszli i zamówili po dużej szklance wina. Oczywiście pinot grigio. Narobili hałasu, wypili duszkiem i odjechali. Staliśmy osłupieni. Człowiek za szynkwasu zapytał po włosku, chyba czego sobie życzymy. Szwagier zna włoski, ale udał się do toalety. Ktoś coś powiedział po angielsku. Zastanawialiśmy się, czy nie opuścić tego dziwnego miejsca natychmiast i zrobić awanturę szwagrowi.

Zdarzenia jednak potoczyły się szybko. Człowiek za szynkwasu wyciągnął z lodówki butelkę wina i nalał wszystkim po pełnym kieliszku. Było to pinot grigio. Chłodne pinot grigio! Powiedział do tego: enjoy pinot grigio please. Nie piliśmy niczego od godziny, a tutaj chłodne wino. Ulegliśmy. Szwagier tym razem nie przeszkodził. Tak zaczęła się nasza przygoda w tym lokalu.

Dobry barman czy kelner charakteryzuje się tym, że wie co powiedzieć, co zrobić na początku i tak sobie zjednuje klientów mimo przeciwności innej natury.

Usiedliśmy przy długim stole. Giorgio okazał się nie tylko barmanem, kelnerem, ale także właścicielem tego przybytku. Zapytał, co zamawiamy. My natomiast zaczęliśmy podawać różne koncepcje, nazwy się mieszały, powstał nawet jakichś mało ważny spór. Tłumaczenie kart dań, dopytywanie się bywa irytujące. Powoli to wybieranie potraw stawało się coraz bardziej nieznośne…

Giorgio przerwał ten jałowy dyskurs i złożył nam doskonałą propozycję, abyśmy nic nie zamawiali i on dla nas zrobi coś specjalnego. Gwarantował, że będzie nam wszystkim smakowało, a jak nie będzie, to nie będziemy zobligowani zapłacić. Zgodziliśmy się. Zamówiliśmy kolejną butelkę wina. Oczywiście Giorgio przyniósł pinot grigio.

Piliśmy wspaniale schłodzone, cudowne grigio i wyznaliśmy Giorgio: jaka jest geneza naszego tutaj przyjścia. Nie był w ogóle zdziwiony. Uznał to za normalne i zaczął wymieniać różne znane osoby, które u niego bywały. Wymienił nazwisko znanego polskiego aktora. Wskazał na ścianę i tam wisiało zdjęcie Jerzego Stuhra, Jerzego Kawalerowicza i jeszcze kilku polskich aktorów. Ktoś w zdumieniu zaklął po polsku, na co Giorgio dobrą polszczyzną odpowiedział, że ci aktorzy zawsze go odwiedzają, jak są tylko w Trieście. Przeszliśmy na polski. Po chwili z zaplecza wyszła młoda kobieta i przywitała się z nami po polsku. Okazało się, że jest Polką i żoną Giorgio. On łączy funkcje kelnera i kucharza, ona natomiast wykonuje pozostałe funkcje. Zrobiło się miło i swojsko. Piliśmy butelkę friuliano, było równie dobre jak grigio.

Czekaliśmy na danie przygotowane przez Giorgio. Po dłuższej chwili przyniósł cały półmisek kalmarów smażonych w głębokim oleju. Były chrupiące, wspaniałe. Najlepsze kalmary jakie jedliśmy. Wspaniały starter. Za chwilę zobaczyliśmy na stole olbrzymią patelnie wypełnioną owocami morza. Był to cały katalog skorupiaków z Adriatyku, z zatoki triesteńskiej. Otworzyliśmy kilka butelek wina i wypiliśmy z Giorgio i jego żoną. Okazało się, że szwagier Giorgio jest spod Wrocławia, chce otworzyć kopię tej trattorii w Dzierżoniowie. Ciekawe czy mu się udało? Jeżeli tak, to pewnie byłoby o tym lokalu głośno, jeżeli nie na całą Polskę, to na Śląsku na pewno. Oj, brakuje takich lokali w naszej styranej Ojczyźnie. W takich miejscach właśnie można poznać sens i przede wszystkim smak kuchni śródziemnomorskiej i jej towarzysza, jakim jest nieodmiennie wino. Szwagier się zamyślił i wtedy prawdopodobnie wpadł na pomysł, aby podobny lokal otworzyć u nas w Beskidach, w mieście Starym Sączu. Ale to już sprawa na osobną historię…

Nazajutrz postanowiliśmy popływać jachtem po zatoce triesteńskiej. Pływaliśmy, jedliśmy, piliśmy. Kontemplowaliśmy Adriatyk, smakowaliśmy jego frutti di mare. Piliśmy wino z różnych szczepów. Vitesca niestety nie mogliśmy nigdzie kupić. Właściciel sklepów winiarskich miał monopol na sprzedaż vitesca. Piliśmy pinot bianco, s.blanc, chardonnay. Wszystkie wina były dobre, chociaż nie tak wspaniałe jak regionalne pinot grigio i friuliano. Wiatr mistral nas chłodził. Rozmawialiśmy o kulturach pogranicza i ich wpływie na otwartość mieszkańców, wynikającą z syntezy tradycji.

Po rejsie jachtem wyszliśmy na wzgórze tuż nad miastem, gdzie mieści się twierdza San Giusto. Widać było panoramę Triestu. Italo Svevo, urodzony w Trieście pisarz tak opisał ten widok:

„Całowali się długo mając u stóp miasto, nieme, martwe, podobnie jak morze, które stąd wydawało się tylko wielką połacią, tajemniczej, niewyraźnej barwy: w bezruchu i ciszy, miasto, morze i wzgórza zdawały się jedną całością, jednolitą materią, ukształtowaną i zabarwioną przez jakiegoś dziwnego artystę, podzieloną, pociętą liniami wyznaczonymi przez żółte punkty, uliczne latarnie.”

Opis dobrze oddaje klimat miasta. To także dobre miejsce do całowania…

W Trieście bywał James Joyce. Wydaje nam się, że właśnie tutaj zrozumiał, że czas ma w pewnych miejscach względny charakter. Po prostu inaczej płynie. Jest jakby bardziej intensywny, zagęszczony. To tworzy szczególny rodzaj przeżywania. Może tak jest w Dublinie, ale z pewnością w Trieście. Tutaj więcej się wydarza w jednostce czasu. Wydarzenia nie odbywają się wzdłuż, a w poprzek osi czasu. To jest takie intensywne przeżywanie połączone z pozornie nieistotnym wydarzaniem się. W ciągu doby zatem może się bardzo dużo wydarzyć. Może się zdecydowanie więcej wydarzyć, niż na przykład w londyńskim city. Czas płynie wolniej, nie spowalniając jednocześnie biegu wydarzeń. Wydarzenia są stłoczone w czasie. Czas się poniekąd zatrzymuje i dostrzegamy prześwity bytu w interwale czasu. To inspiruje. My byliśmy w Treście całe dwie doby…

Następnego dnia mieliśmy ruszyć dalej naszą kolejową CK trasą do Klagenfurtu, a potem do Wiednia, Pragi i Krakowa. Prawdziwe CK okrążenie po Europie Środkowej! Wszystko to można i trzeba uczynić koleją.

Kiedy to się wszystko wydarzyło? A może się w ogóle nie wydarzyło… Zdarzenia z przeszłości nabierają w miarę czasu nowego, lepszego kształtu. Chcemy pamiętać dobre strony byłych wydarzeń. Z czasem niektórzy nawet wytwarzają wspomnienia, które rozwijają się kłączowato, oplatają każde wydarzenie siecią narośli, tworząc rodzaj kokonu. W jego środku jest wydarzenie, a na zewnątrz barwne wykwity. Grupy takich oplecionych wydarzeń mają kształt i budowę – rafy koralowej. Takiej znad Adriatyku, niedaleko Triestu.

Te wszystkie reminiscencje spowodowane były prostym faktem. Otóż, szwagier zamówił niedawno całą kolekcję win z Friuli, i to właśnie od producenta, którego wino piliśmy onegdaj w Trieście – Livon.

Snując nasze triesteńskie wspomnienia wypiliśmy kilka butelek wina od Livon. Nasze wrażenia zapisaliśmy, a kto ma tyle cierpliwości może je niżej przeczytać.

Braide Grande, Pinot Grigio 2012.
Pijąc to wino zastanawialiśmy się nad szczepem point grigio i pinot gris. Oczywiście to ten sam szczep, ale pierwszy to włoska interpretacja tego szczepu, druga to francuska, w zasadzie alzacka. Rozstrzygnęliśmy jednak tę konkurencję na rzecz Italii.

Stolicą tego szczepu jest właśnie region Friuli. Warunki klimatyczne są odpowiednie, a przede wszystkim odpowiednia jest interpretacja. Świeżość, kwasowość, żwawość, energetyczność, to istotne argumenty. W alzackim ujęciu dominuje: słodycz, ociężałość, ekstraktywność. W zasadzie to wina deserowe. Włoskie ujęcie jest mocno gastronomiczne.

To konkretne wino jest w zasadzie głównym pinot grigio zrobionym przez Livon. To wino jest cru classe używając przewrotnie francuskiego nazewnictwa. Aromat przypomina chardonnay, ale jest przy tym elegancki, delikatny z owocowym i mineralnym zabarwieniem z domieszkom trawy świeżo skoszonej, a może i nawet pokrzywy. Zapowiada coś bezwzględnie ciekawego. W ustach jest pełna kontynuacja aromatu. Równowaga, soczystość, długi finisz, rewelacyjne połączenie: kwasu, delikatnej słodyczy, ale jest i głębia wynikająca z energii, a nie ma to nic wspólnego z napojami energetycznymi.

Owoce morza, na przykład zgrabny homar byłby doskonałym towarzyszem tego wina, ale i polski, górski pstrąg saute byłby także dobry. Polecamy wszystkim niedowiarkom, którzy kwestionują pinot grigio i włoską szkołę białych win. To chyba najlepszy pinot grigio jaki piliśmy od lat.
Ocena: 3 wiewiórki.

Valbuins, Savignon blanc 2011.
Kolejne wino z linii produktów wyższych Livon. S.blanc należący do cięższych, o ile s.blanc może być w ogóle ciężki. Intensywny bukiet. Aromat zielonego pieprzu, trochę brzoskwini. W ustach czuliśmy gęstość, intensywność. Tak w ogóle to jakoś kojarzył się nam ten sauvignon ze szczepem chenin blanc. To dobre wino, chociaż nie tanie.
Ocena: 2,5 wiewiórki.

Chardonnay 2012.
To wino to potwierdza klasę Livon. To dobra interpretacja chardonnay, szczególnie dla tych, którzy przyzwyczaili się do chardonnay z Nowego Świata, a nawet z Burgundii. Mineralne, kamienne, krągłe. Jest w nim jakaś urocza sprzeczność, bo mineralność z krągłością, soczystością, podszytą słodyczą, pozornie nie pasują do siebie.
W tym winie się jednak uzupełniają. Do tego wino jest jeszcze pieprzne, czyli jak mawiają Anglosasi: spicy. To tworzy dobrą, komplementarną kompozycję. Cena rozsądna.
Ocena: 3 wiewiórki.

Pinot Bianco 2012.
Klasyczny szczep występujący we Friuli często. To, czego należy się spodziewać, to jest w tym winie. Lekkość, mineralność, świeżość. Smak ma refleksy roślinne, a może także zielonego pieprzu. Soczystość jest zaskakującym dodatkiem. Włoskie pinot bianco są jednak urzekające i jak się je pije, to wydaje się, że przebijają francuskie pinot blanc z Alzacji. Chociaż takie uogólnienia są ryzykowne.

Północne Włochy, to doskonały region do eksploracji doskonałych, białych win Italii. Ta butelka jest właśnie taka. Niewygórowana cena. Dawno nie piliśmy włoskiego białego wina na dobrym poziomie, bo dawno nie piliśmy włoskich białych win. To wino nas przekonało. Pora wyruszyć na zakupy, aby wzbogacić piwniczkę o takie właśnie wina. A właśnie lato się zaczyna. Trudno rozstrzygnąć, czy takie wina są lepsze latem, czy też lato jest lepsze, gdy pije się takie wina…
Ocena: 3,5 wiewiórki.

Pinot Bianco 2013.
Pijemy rocznik 2013. Nasz entuzjazm nie opadł, ale w tym roczniku zauważamy coś innego. Delikatność aromatu. Smak białej porzeczki i agrestu. Może pewna pieprzność pozostała. Dziwne, ale uderzyła nas krągłość tego wina, a nawet jakaś słodycz kompletnie dziwna, jak na pinot bianco. To jest rubensowskie wino. Oczywiście, wszystko jest w deklinacji pinot bianco.
Ocena: 3,5 wiewiórki.

Friulano 2012.
Endemiczny szczep. Można nawet powiedzieć, że jest to szczep transparentny dla tego ciekawego regionu winiarskiego, jakim jest Friuli. Delikatny, ale wyczuwalny aromat. Świeżość i mięsistość. W ustach kontynuacja aromatu. Dobra kwasowość przyjemnie uzupełniana przez pewną słodycz w głębi. Wino sprężyste, ale w sumie delikatne, zrównoważone. Doskonałe do wypicia w słoneczne popołudnie w malinowym chruśniaku, ale i przy wieczornej kolacji wraz z owocami morza wyłowionymi z turkusowych wód Adriatyku.
Ocena: 3,5 wiewiórki.

Ocenimy także tego producenta w naszej klasyfikacji chomikowej. Jego nominacja została zgłoszona przez szwagra i poparta przez aklamację przez wszystkich. Livon otrzymuje zbiorczą ocenę 2,5 chomika. To mocny kandydat do całorocznego trofeum – Producenta Roku 2014.

DUE

One Response to “Once Upon a Time in Trieste – triesteńskie reminiscencje”

  1. Grzegorz Capała pisze:

    Nie mam pewności czy szczep o nazwie Vitesca w ogóle istnieje?

    Natomiast w okolicach Triestu jest dosyć powszechnie uprawiana Vitovska i potwierdzam, daje świetne wina. 😉

Dodaj komentarz