sobota, 17 Styczeń 2015

Nieznośna lekkość bytu

blog
To kolejny odcinek z serii sommelierki filmowej. Ten cykl się podobał i publikujemy czwarty odcinek. Szwagier zorganizował i tę degustację poświęconą kinu, a szczególnie pewnemu filmowi. Tym razem zmienił trochę formułę. Oglądaliśmy film i jedliśmy przy tym kaczki, które popijaliśmy winem. Nie był to jednak zwyczajny film. Nie była to zwyczajna kaczka. Nie było to zwyczajne wino. Wszystko miało kontekst i razem się łączyło w fascynującą historię.

Film Nieznośna lekkość bytu można różnie oglądać. Można śledzić perypetie bohaterów, można koncentrować się na kontekstach politycznych. Można zwracać uwagę na osławione momenty. My oglądaliśmy tak migotliwie, czyli wyciągaliśmy takie detale z tego filmu i tworzyliśmy z nich naszą indywidualną opowieść, jakby film w filmie. Taką konwencję narzucił szwagier właśnie, a myśmy się temu poddaliśmy.

On, szwagier ma szczególny stosunek do Pragi, mieszkał tam cały miesiąc w 1988, uczestniczył w demonstracjach na Vaclavskim namesti, twierdzi, że został nawet honorowo spałowany przez VB, ale wydaje nam się, że jednak trochę konfabuluje w tej sprawie. Szwagier posiada pewne skłonności do kombatanctwa.

Akcja filmu rozgrywa się 68 w Pradze, czyli całe 20 lat wcześniej w stosunku obecności szwagra w Pradze. 20 lat to niby dużo, ale przecież to nie tak znowu dużo. To tak jakbyśmy dzisiaj analizowali 1995. Jeszcze większość z nas pamięta pamiętną debatę Kwaśniewski vs Wałęsa. A to minęło już 20 lat. W historii krajów 20 lat to niewiele. Szwagier nam to właśnie uświadomił.

Wszystko podczas projekcji filmu się mieszało, raz wzruszające sceny, a z drugiej strony na stole pojawiła się pierwsza kaczka. Szwagier ją osobiście przyrządził. Nigdy nie mówił, że potrafi upiec kaczkę. Ale jako prawdziwy człowiek renesansu, daje radę i kaczce w kuchni. Piersi kacze, jabłka, pomarańcze, owoce granatu. Niby nic wielkiego, a jednak. Na stole pojawiły się trzy wina do tej pierwszej kaczki. One podniosły szwagrową kaczkę do kwadratu, używając języka matematyki.

Pierwsze otworzone wino to Walla Walla Valley wyprodukowana przez Pepperbridge. Wino pochodzi z USA, ze stanu Washigton. Rocznik 2002. 100% Cabernet Sauvignon. Rzadko pijemy wina z Nowego Świata. To wino było niezwykłe. Doskonale komponowało się z kaczką, to należy od razu zaznaczyć. Nie będziemy go szczegółowo opisywać, a jedynie wymienimy konteksty smakowo-zapachowe jakie zarejestrowaliśmy: skóra, kawa, borówka, czarny bez, mleko, cygaro, śliwka, spalony cukier, przyprawy, czekolada. Do tego dobrze zbalansowane, intensywne, długie.

Może kogoś to urazi, że tak spłaszczamy ten film. Ale wzruszyliśmy się, gdy zobaczyliśmy skodę 100 w kolorze fatalnej pasteli, ni to niebieskiej, ni to turkusowej. Taką skodą jeździł wujek szwagra, cała okolica mu tego wozu zazdrościła, a on czuł się jak krezus. Mieć takie auto końcem lat 70-tych, to był prawdziwy szpan. Podczas projekcji filmu wpatrywaliśmy się w tą skodę i lata dzieciństwa stanęły nam przed oczami. Nasza Syrena bosto, to jednak nie to, co skoda 100. Ta pierwsza zbyt przypominała pralkę Frania.

Drugie wino na stole do tej pierwszej kaczki to Amarone z 2007, producent Novaia. Kaczka zrobiona w wersji klasycznej, czyli na słodko to doskonała para dla Amarone. W tym winie znaleźliśmy efekty balsamiczne, karmelu, spalonego cukru, powidła, śliwki. Najciekawszym jednak były wyraźny zapach i aromat … łąckiej śliwowicy. Niesamowite! Zbalansowane, głębokie, miękkie, długie.

Czy można lepiej fotografować Pragę? Nawet szarzyzna komunizmu nie jest w stanie odebrać magii temu miastu. Komunistyczny czas nie pozbawił miasta jego wiecznej magii. Zdjęcia były wspaniałe.

Trzecie wino do pierwszej kaczki to Tramini z Egeru, czyli słodki, egerski gewurztraminer wyprodukowany przez Kiss Pinceszet. Zrobiło się słodko. Kolejny raz motyw śliwki i suszonej moreli, miodów spadziowych, kwiatu lipy. Wino miało dużo z tokajskiego, mniej podobne do traminera. Pasowało chyba najlepiej do szwagrowej kaczki. Chociaż cała trójka win była bardzo dobra.

Czy ktoś pamięta czeskie dancingi z piwem, zespołem rokowym i czeską swojskością? W filmie jest taka biesiada. W tle tej biesiady piją sowieccy dygnitarze. Jakże to nie pasowało do zrewoltowanej Pragi. Czesi uwierzyli wtedy w to, że są suwerenni. Sowiecki kacyk zamówił u orkiestry zagranie międzynarodówki. Zaczynają grać. Konsternacja. Sowici wznoszą toasty. Po czym zespół zaczyna improwizować do melodii międzynarodówki i wybucha aplauz. Sowieccy dygnitarze oburzeni opuszają lokal, ale niestety nie opuszczają Pragi…

Druga kaczka. Faszerowana pomarańczami, sos na bazie pomarańczy. Przepis z Wino i jedzenie. Przyrządzona przez szwagra gustownie, a nawet dostojnie.

Szwagier zaserwował pierwsze wino. Był to mocny serwis ponad 200 km na godzinę do bocznej linii. Z trudem odebraliśmy. Brunello di Montalcino 2003. Producent Fanti. Na początku było zamknięte, aromat słodkiej spalenizny. Znowu śliwka, morela, a przy tym sadza, powidło, drzem. Ciężkie, oleiste. Mocne dotknięcie tradycji. Na szczęście po 12 latach kwas się już wydobył. Ostry początek. Myśleliśmy, że będzie lepiej, ale nie było źle. Pieczona kaczka lubi takie klimaty.

Namiętna scena erotyczna, w filmie oczywiście, podbiła smak kaczki. Wino stało się pikantne. Wyczuliśmy w nim smak mięsa i wysiłku… winiarza.

Kolejne wino pojawiło się na stole. Silvanus Gold 2008. Edicion Limitada. 100% Tempranillo. Ribera del Deuro. Konfitury, drzem, żurawina, czekolada, porzeczki. Balans. Kwasowość. Długość. Kaczka i film. Wszystko było jak w ułożonym pasjansie.

Ruchliwe Vaclavskie Namesti. Roześmiani Czesi. A w tle czeski cover Hey Jude. Pamiętamy te czeskie covery, z których podkpiwaliśmy, bo wydawały nam się infantylną podróbką oryginału. Radio Luxemburg odtwarzało oryginały. Ale czeski Hey Jude wydał nam się wspaniały podczas emisji filmu. Prawie jak kaczka i wino. Ktoś nawet zaczął nucić. Wszystko wymaga kontekstu. A myśmy poczuli atmosferę prawie wolnej Pragi.

Szwagier poinformował, że ostatnim winem do pieczonej kaczki będzie zalecane przez autorów Wino i jedzenie, czyli dojrzały Gewurztraminer. Butelkę egerskiego Tramini osuszyliśmy. Na stole wylądował rzeczywiście dojrzały Traminer. Clos Landelin 2003 od sławnego Rene Mure, czyli alzacka klasyka. Cóż to było za wino… Prawie wytrawne, co jest dziwne jak na alzackie podejście. Nie wyczuliśmy także nadmiernej korzenności. Było w tym winie coś innego. Białe langrody. Creme brulee. Toffi. Biały dym. Zrównoważona kompozycja. Delikatny kwasek. Dyskretny cukier. Długie, krzepkie i oleiste. Szwagier oświadczył, że to jest najlepszy gewurztraminer jaki pił w życiu. Miał rację.

Rewolta w Pradze zakończyła się powszechnym exodusem z miasta. Reżyser był dla Polaków łaskawy, bo nie pokazał polskich T54 w Pradze. Ale myśmy wiedzieli, że tam były. Jeszcze po latach poczuliśmy wstyd.

Bohaterowie filmu wsiedli po prostu do skoda 100 i pojechali do Szwajcarii. Nikt ich nie zatrzymywał. Dziwne. Ciekawe jak to się miało do rzeczywistości? Nam się przypomniał stan wojenny i film Ostatni Prom. Nie było tak łatwo wyjechać do Szwecji.

Końcówka filmu sentymentalnie zaaranżowana wzruszyła nas wszystkich. Szwagier widząc nasz smutek podał deser. Winny deser.

Wniósł wino, którego nazwa mocno nawiązywała do końcówki filmu. Rapsody in Red. Bikaver dr. Tomasa Poka z 2003. Jego flagowe wino. Jakże pasowało węgierskie wino do filmu. Ktoś nawet wspomniał Budapeszt 1956. Wino było zdumiewające. Owocowość po 12 latach była świeża, krwista. Przy tym miękkość i głębia. Tego potrzebowaliśmy.

Jaki wniosek z tego wszystkiego?

Pijmy dobre wino. Jedzmy pieczone kaczki. Oglądajmy dobre filmy. Kontemplujmy, co trzeba kontemplować.

DUE

One Response to “Nieznośna lekkość bytu”

  1. koala pisze:

    Chodziłem na zajęcia prowadzone przez Kunderę w paryskim EHESS, jeszcze zanim go zbrukali talibowie idei. Piękne to były czasy. Jeden z najlepszych wpisów na tym blogu:-) Pozdrawiam – koala (jeszcze)

Dodaj komentarz