wtorek, 24 Grudzień 2013

Magiczne Douro – Opowieść Wigilijna

wino_blog_8

Wylądowaliśmy na lotnisku w Porto. Od razu wyczuliśmy słonawy wiatr od morza. Niektórzy już spodziewali się orzechowego zapachu porto, a tutaj jednak morze. No i zapach pasty do podłogi, częsty aromat lotnisk i dworców. Szliśmy przez duży hol i spieraliśmy się. Już w samolocie nasza drużyna degustacyjna podzieliła się na dwa obozy. Jedni chcieli wjechać triumfalnie do regionu Douro, drudzy chcieli odwiedzić klimatyczne Dao. Wybór trudny. Demokratycznie rzuciliśmy monetą i los wskazał Douro. Może dobrze się stało, bo to jednak winiarska wizytówka Portugalii, z racji porto, ale także doskonałych win czerwonych. To właśnie tutaj powstała pierwsza na świecie regulacja jakości wina, dopiero 100 lat później w Bordeaux. To zobowiązuje do szacunku dla win portugalskich i regionu Douro. Region to trudny i wymagający. Jak powinniśmy do niego podejść? Odczuwaliśmy takie konstruktywne zdenerwowanie, podobne do tego, jakie się czuje przed wyjątkowym przedstawieniem. Jaką trasę wybrać? Jaka będzie najlepsza kolejność pitych win? Czy koncentrować się będziemy wyłącznie na winach? Postanowiliśmy odłożyć odpowiedzi na te pytania nim znajdziemy się w Mesao Frio. Tam wszystko ustalimy. Wynajęliśmy odpowiedni pojazd w Porto. Ruszyliśmy w drogę. Droga do Mesao Frio dłużyła się, ale w końcu zajechaliśmy do tego względnie dużego miasteczka, będącego „bramą” Douro i jej trzech okręgów winiarskich. Właśnie tutaj, na zachodniej części Douro mieścił się najznamienitszy region Cima Corgo.

wino_blog_8a

Postanowiliśmy znaleźć jakąś knajpkę, tawernę, aby wszystko omówić. Przechodziliśmy ciasnymi, zatłoczonymi uliczkami Mesao. To charakterystyczny widok latem. Mnóstwo stoisk z pamiątkami, ale na balkonach suszyła się: pościel, skarpetki, damskie figi i inna bielizna, co oznaczało, że mieszkają tu jednak normalni ludzie, a nie tylko turyści. Chwalić Boga! Znaleźliśmy nieco ciasną i mroczną knajpkę, zasiedliśmy przy okrągłym stole zrobionym chyba ze starej beczki po porto. W tle fado, chyba Amalia Rodrigues. Znowu wybuchła sprzeczka, jakie wino zamówimy. Szwagier przytomnie przekonał nas, że warto rozpocząć naszą peregrynację winiarską od początku. Tylko, gdzie jest ten początek? Początek wedle szwagra to wino białe, wytrawne z cenionego tutaj szczepu viosinho. Kelner, czy też właściciel (miał chyba 2 metry wzrostu i rękę jak bochen chleba) przyniósł nam mocno schłodzoną butelkę tego trunku. Tego potrzebowaliśmy. Zanurzyliśmy się w aromacie i smaku wina, było gęste o aromacie i smaku grejpfruta i przejrzałej cytryny, może jeszcze z nutą pigwy. To podobno charakterystyczne smaki dla tutejszych białych szczepów. Przeszliśmy do ustaleń odnośnie przebiegu naszej wizyty. Dobre wino wpłynęło właściwie na nas i już wszystko ustaliliśmy. Zostawiliśmy także margines na improwizację, bo przecież wszystkiego nie sposób przewidzieć. Siedzieliśmy spokojni, kończyliśmy flaszkę viosinho. I oto, z mroku wyłoniła się postać, podeszła do naszego stołu. Twarz wielka, kanciasta, portugalskiego konkwistadora. Szwagier rozpoznał w nim samego Miguela Torga, bodaj najwspanialszego poetę portugalskiego XX wieku! My nie byliśmy tak obeznani w poezji portugalskiej jak szwagier, więc przyjęliśmy to jako pewnik. Co chciał od nas, skromnych degustatorów, ten tytan portugalskiego pióra? Jakby słyszał i rozumiał o czym mówiliśmy, bo zaproponował wprost, że pokaże nam Douro, to winiarskie, i to inne. Inne, czyli jakie? Tego nie powiedział. Wypiwszy nasze viosinho, wstaliśmy i poszliśmy za naszym cicerone.


Szliśmy przez magiczne uliczki Mesao i doszliśmy do miejsca, które nas zaskoczyło. Był to kościół Matki Boskiej z XVI wieku pośród winnic. Weszliśmy za Miguelem do środka, gdzie czuć było orzeźwiający chłód i uduchowiony półmrok. Tak zaczęliśmy naszą wędrówkę z Miguelem, nieco metafizycznie i dobrze, bo spotęgowało to nastrój tajemnicy. Wyjechaliśmy z Mesao. Jechaliśmy do Peso de Rogua przez zielone, winne ogrody, tarasy pełne krzewów, cudowną dolinę rzeki Douro. Miguel wyrecytował wiersz „No meu jardim”. Szwagier tłumaczył co trzecie słowo. To był wiersz o ogrodzie, a może winnicy. Nie rozumieliśmy dokładnie, ale poetycka atmosfera udzieliła się wszystkim. Nie było lepszego miejsca niż to właśnie, aby doznać natchnienia i napisać wiersz o ogrodzie.

wino_blog_8b

Zatrzymaliśmy się przy czymś co przypominało zajazd, niewielki budynek z szarego kamienia, i wpisujący się w zieleń winnic. Weszliśmy do środka. Było zupełnie pusto. W środku przy długim barze stał kelner, a raczej właściciel. Miguel przywitał się z nim przyjaźnie. Powiedział coś po portugalsku, czego nie zrozumieliśmy, szwagier przestał tłumaczyć i dobrze. To jego tłumaczenie obnażało naszą prowincjonalność. Właściciel zniknął, my zasiedliśmy i czekaliśmy. Właściciel wrócił z butelką. Ale była to zacna butelka. Vallado Reserva Field Blend 1999. Wypiliśmy. Zakąsiliśmy kozim serem, kozy pasły się na wzgórzu i to z ich mleka był zapewne ten ser, a właściciel osobiście doił te kozy. Nie mówiliśmy dużo, bo każdy wiedział o klasie tego wina. Miguel gdzieś zniknął z kieliszkiem. To doskonałe miejsce, i chwila aby naszkicować nowy wiersz. Wrócił po dłuższej chwili z wypiekami i pustym kieliszkiem. Uzupełniliśmy ubytek. Wypił duszkiem. Pożegnaliśmy się z właścicielem i pojechaliśmy do Vila Real. Tam odwiedziliśmy budynek Capela Nova, zaprojektowany w XVIII wieku przez jakiegoś znanego włoskiego architekta. Ładne stropy. Obok Vila Real był kolejny budynek tego samego architekta. Nazywał się Casa Mateus. XVIII wiek, barok.

wino_blog_8d

Migeul przed urzekającym frontem budynku powiedział krótko: Nicolau Nasoni. Pokiwaliśmy głowami twierdząco, chociaż pierwszy raz słyszeliśmy to nazwisko. Ktoś ukradkiem sprawdził w wikipedii, że to znany, włoski architekt, który zbudował połowę, północnej Portugalii. Architektura i wino. Dobrze. Teraz zrozumieliśmy to „inne”, które zapowiadał Miguel w Mesao Frio. Architektura i wino. No ale pora teraz przyszła zdecydowanie na wino. Miguel wprowadził nas w głąb magicznego ogrodu, a tam na którejś z zacienionych ławek czekała na nas taca z kieliszkami i winem. Kieliszki były zwyczajne, ale wino nie było zwyczajne. Quinta do Crasto, touriga nacional 2003. Wypiliśmy je szybko. Wino było strzeliste, jak wieżyczki budynku. Krwista czerwień, soczystość wina w ogrodach Casa Mateus… Doskonałe połączenie czerwieni wina i białej elewacji wytwornej architektury. Czym teraz Miguel zaskoczy? Trudno będzie przebić to wrażenie. Jechaliśmy znowu wzdłuż zielonych tarasów pełnych krzewów. Chyba tylko tutaj i w dolinie Mozeli są takie warunki uprawy, ciężkie i kosztowne. Ekspozycje winnic prezentują się imponująco. Jechaliśmy z zapartym tchem. Dojechaliśmy do wioski Sambrosa. Tutaj urodził się wielki żeglarz Ferdynand Magellan.

wino_blog_8e

Postanowiliśmy uczcić naszą obecność w miasteczku Magellana jakąś butelką czerwonego wina. Miguel zaproponował knajpkę przy uliczce sąsiadującej z domem Magellana. Otworzyliśmy Quinta Valle de Maria, Vinha do Rio. Prawdopodobnie za czasów Magellana nie było takich dobrych win. Miguel zniknął nam na jakichś kwadrans i wrócił z drewnianą skrzynką. Co w niej było, nie wiedzieliśmy. Udaliśmy się do Galafura. Jest tam cudowne miejsce widokowe na cały kanion Douro. Zjawiskowa perspektywa na wzgórza i leniwe Doro.

wino_blog_8f

Byliśmy na szczycie i wtedy Miguel otworzył skrzynkę i z niej wyjął Barca Velha, rocznik 1991. To słynne wino czerwone, którym w 1952 Douro zachwyciło cały świat. Absolutny klasyk. Kupaż czterech szczepów. Nie mieliśmy jednak kieliszków. Jak to się stało? Co teraz zrobić? No ale i w tym przypadku Miguel znalazł rozwiązanie, poszedł do pobliskiego kościółka, czy raczej kapliczki i przyniósł odpowiednią ilość kieliszków i pojemnik do dekantowania. Wszędzie był znany, wszędzie honorowany, wszystko mógł załatwić. Rozlaliśmy trunek. W milczeniu piliśmy to genialne wino. Wpatrywaliśmy się w dół doliny. Nagle Miguel Torga wyszedł na spory głaz i zwrócił się twarzą do czaszy doliny. Głośno wyrecytował wiersz:

Cantico de Amor
Ama qua amas
Como o vento
Ama as volhas de olmo
Amor que lhes transmite movimento e alegria
Asa que possa andar no firmament
So caminha no chao por cobardia

Szwagier zaczął znowu tłumaczyć ten wiersz. Rzucał jakieś sekwencje wyrwane z kontekstu: „miłość jak wiatr”, „radość i ruch”, „chodzić po firmamencie”. Niepotrzebnie szwagier tłumaczył, bo melodia poezji była wyczuwalna, a rozumienie słów nie było potrzebne, zwłaszcza w nędznym tłumaczeniu. Gdyby fado śpiewano po polsku, niemiecku, czy angielsku, nie byłoby takie piękne. Czasami rozumienie słów przeszkadza, wystarczy melodia języka, intonacja. To był wiersz o miłości, i to nam wystarczało, słowa: amor, ama, amas mówiły o tym dostatecznie. Czy ten krótki wierszyk powstał na naszą cześć, podczas naszej podróży? Może wtedy w drodze do Roqua, tam gdzie pasły się kozy? Natchnienie nie wybiera miejsc, nadchodzi nagle i może zdarzyć się wszędzie, nawet pasące się kozy mogą natchnąć do wierszy o miłości. Miguel Torga bez reszty zdobył nasze serca.

Żal było wracać do Porto, ale tam czekała nas także nie lada atrakcja. Mieliśmy pójść do znanej dzielnicy Vila Nova de Gaia, a tam mieliśmy kosztować porto od najlepszych producentów. Wjechaliśmy w milczeniu do Porto. Miguel spokojnie odpoczywał, a nawet chyba wpadł w drzemkę. Byliśmy głodni. Ale wiedzieliśmy, że Miguel o tym wie i coś zaradzi. Wjechaliśmy do Vila Nova de Gaia. Dzielnica to dziwna, jakby przemysłowa i trochę przereklamowana. Szliśmy główną ulicą, skręciliśmy w wąską uliczkę, Miguel prowadził. Zatrzymał się nagle i wskazał zejście w dół, strome schody prowadziły chyba dwa pietra w dół. Weszliśmy do mrocznego, ale dużego pomieszczenia, czuć było chłód. Było pusto, olbrzymie ławy były nakryte. Czekały chyba na nas. Miguel w milczeniu zaprosił, abyśmy zasiedli. Tak się stało. Zabrzmiało znowu fado, w tle którego ktoś recytował wiersz, pewnie była to poezja Miguela.

wino_blog_8g

Bocznym wejściem do sali weszło siedem, śniadych portugalskich dziewcząt. Niosły misy ze strawą. Rozpoznaliśmy (szwagier rozpoznał), że był to Sztokfisz w bakłażanach, po portugalsku zwany Bacalhao. Był także pasztet z sera Stilton, niechybny znak, że będziemy pili porto. Nie zdążyliśmy zjeść Sztokfisza a już śniade dziewczęta wkroczyły z butelkami porto. Jakże urokliwie prezentowały się korpulentne butelki, do których wprost idealnie pasują te białe napisy roczników. Rozpoznaliśmy butelki: Cocburn, Graham, Niepoort, Vale Dona Maria, Vesuvio, de la Rosa. Piliśmy białe, potem ruby, potem tawny, no i oczywiście vintage. Roczniki wspaniałe bo i nawet 50-letnie. Przegryzanie pasztetem z sera Stilton to wspaniała sprawa, podbija smak każdego porto. Robiło się coraz weselej. Miguel Torga bawił się coraz lepiej, tłumaczył każdą butelkę, tajniki, niuanse. Szwagier nie mógł nadążyć z tłumaczeniami, ale chyba improwizował i wyglądało na to, że Miguel mówił swoje, a szwagier dokonywał, mówiąc eufemicznie, luźnych interpretacji; Miguel mówił 5 słów, szwagier 20. Wtem Miguel przeprosił i udał się do miejsca, gdzie jak mawiają: król sam piechotą chodzi. Myśmy kontynuowali, co by nie pisać – biesiadę. Ale to wspaniałe uczucie, uczestniczyć w degustacji przeradzającej się w biesiadę, kiedy to jeszcze istnieje percepcja aromatów i smaków, a już zaczyna się prawdziwy feeiling. Wszystko staje się wtedy prostsze, a nawet jasne. Miguela nie było chyba już dobre dwa kwadranse. Pomyśleliśmy, że zasłabł po trudach dnia. Młodego wieku już nie był, osłabienie mogło mu się zdarzyć. Zaczęliśmy go szukać. W ubikacji go nie było, w zakamarkach, jakie kryją tego typu piwnice także, nikt go nie widział wychodzącego. Przesłuchaliśmy wszystkie 7 dziewcząt, nic nie wiedziały, widziały. Ktoś z nas nawet wtargnął na kuchnię. Miguel Torga zapadł się pod ziemie! W ubikacji było małe okienko na podwórze, ale tam nawet niemowlę miałoby trudno się przecisnąć. Nie mógł także wyjść przez drzwi, bo jedyne wyjście było obok naszego stołu, więc Miguel musiałby przejść w czapce niewidce. Miguel Torga zniknął. Zapadł się pod ziemie. Zamilkliśmy. No ale co robić?! Dzwonić po policję? Zgłośnić zaginięcie? No tak, policja przyjedzie i powiemy, że najsłynniejszy poeta portugalski zapadł się pod ziemie, a my jesteśmy doskonałymi świadkami z kilkunastoma butelkami porto na stole. Ktoś jednak, chyba przypadkowo wszedł do swojego smartphone, do wikipedii i oświadczył coś zdumiewającego. Powiedział: Miguel Torga nie żyje! Zbaranieliśmy. Po chwili dodał: zmarł w 1995 roku. To był kompletny szok dla nas. Kto to zatem był? Kto nas oprowadzał po Douro? Z kim piliśmy wino? A może szwagier nie właściwie rozpoznał twarz? Zapoznaliśmy się z licem Miguela Torgi, tym z wikipedii, było identyczne, no prawie identyczne do tego, które widzieliśmy. Prawie identyczne, bo nawet najlepsze urządzenia zniekształcają nieco, a i porto jest krzepkie. W naszą percepcję wierzyliśmy jednak szczerze – mądrością zbiorową. Nie mogliśmy ogarnąć tego co się stało, co było naszym udziałem. Miguel Torga był duchem, jak zjawy z Opowieści Wigilijnej Dickensa? Ale jakie przesłanie chciał nam przekazać? Mnożyły się pytania i spekulacje. Zasiedliśmy skołowani przy stole, moczyliśmy usta w boskim porto… Niesamowita Portugalia, magiczne Douro…

DUE

One Response to “Magiczne Douro – Opowieść Wigilijna”

  1. trane pisze:

    Chciałem coś kupić Miguela Torgi, ale niestety nic nie znalazłem. Ale posłuchałem tego: http://www.youtube.com/watch?v=obkUKsEbSgg

Dodaj komentarz