piątek, 13 Październik 2017

Stół WINGS i 3 reservas z Rioja

wings
Ten stół zaprezentowaliśmy na targach w Londynie. Wielu znawców dizajnu meblarskiego zaskoczyliśmy zupełnie. Ich reakcje nas także zaskoczyły i zwyczajnie rozśmieszyły. Ale wcześniej musimy podać kilka informacji konstrukcyjnych na temat stołu WINGS.

Stół jest wykonany całkowicie z elementów beczki 225 litrów, tzw. barrique, a także beczki 400 litrów. Blat zrobiliśmy z dekli beczek. Podstawa stołu, czyli nogi wykonane są z klepek. Klepki ustawiliśmy przemiennie, tak aby konstrukcja kojarzyła się ze skrzydłami. To pierwsza taka konstrukcja, gdzie nogi stają się skrzydłami. Stoły mogą latać, choćby metaforycznie. Taka jest też geneza nazwy obiektu. Nie będziemy tłumaczyć dlaczego nazwa jest angielska. Zresztą można się domyślić.

Ważną kwestią jest kwestia kolorystyki stołu. Zdobyliśmy się na pewną ekstrawagancję w tym względzie. Zainspirowało nas trochę malarstwo abstrakcyjne. Na klepkach pozostawiliśmy ślady wina w postaci czerwonych zacieków, których układ jest zupełnie przypadkowy. Dzięki temu, na blacie stołu, uzyskaliśmy efekt entropicznej mozaiki. Czerwień wina miesza się z barwami żółtymi po białym winie. Widoczne są także przebarwienia. (To niechybny wpływ postmodernizmu.) Wewnętrzne części klepek, z których zbudowane są nogi stołu, są w zasadzie czerwone. Ujawnimy. To są ślady po egri bikaver St.Andrea, ponieważ od nich kupiliśmy beczki.

Tyle o konstrukcji i kolorach. Wracamy do reakcji angielskich dizajnerów. Otóż pytali nas, w jaki sposób prostujemy klepki, ponieważ powierzchnia blatu była całkiem płaska. Gdy wyjaśnialiśmy, że beczka posiada płaskie dekle, to ze zrozumieniem kiwali głowami. A wydawałoby się, że konstrukcja beczki nie powinna kryć żadnych tajemnic.

Pytano nas o malowanie elementów stołu, jak to robimy, że uzyskujemy takie abstrakcyjne zestawienia barw, kontrastów, zacieków, przebarwień. Chcieli docenić żmudność prac malarskich wykonywanych specjalnymi pędzelkami. Gdy poinformowaliśmy, że to ślady wina, to niedowierzali, a potem wpadali w entuzjazm. Wzruszające i zabawne były reakcje, gdy pochylali się nad blatem, aby powąchać i odnaleźć zapach wina, unikalnego bukietu egri bikaver, rocznik 2001. Ach ci angielscy dizajnerzy… Ale to wpływ angielskiej szkoły empiryzmu i pragmatyzmu na ich podejście do treści i formy.

Nie chcemy aby ktoś pomyślał, że kpimy i szydzimy z angielskich dizajnerów. Nie ośmielilibyśmy się. Cenimy potencjał nauki i wkład kultury angielskiej w rozwój cywilizacji i kształt współczesności. Po prostu, nasz stół WINGS jest tak zaskakujący, że może figlarnie wyprowadzić na manowce nawet angielskiego dizajnera. Zakładamy, że dałby też radę francuskiemu i włoskiemu znawcy sztuki meblarskiej.

To wszystko miłe. Miło też liczyć zamówienia, szczególnie te składane przez ludzi wina. Oni szczególnie rozumieją kontekst materiałowy, ale też symboliczny wymiar stołu WINGS.

Mamy także kilka pomysłów na nowe projekty stołów. W swoim czasie zaprezentujemy koncepcje.

Oczywiście, że przy stole WINGS można prowadzić degustacje nie tylko win węgierskich. Można serwować w zasadzie każdy typ wina z każdego regionu świata. Można konsumować także różne potrawy i zakąski. To doskonały stół biesiadny.

Mieliśmy ostatnio pytanie od pewnego producenta wina, czy nie moglibyśmy przeskalować tego stołu, tak aby przy nim można prowadzić degustacje dla 100 osób. Oczywiście, że można go wykonać w postaci liter: I, U, L, a nawet X dla 200 osób. Oświadczyliśmy, że możemy zrobić taki stół z beczek po winie produkowanym w winnicy. Nie możemy ujawnić nazwy tego winiarza, tajemnica handlowa.

Szwagier także zamówił wykonanie dla niego indywidualnej wersji stołu WINGS o długości 311 centymetrów i szerokości 101 cm; szklane okno ma mieć 27 centymetrów szerokości; stół ma mieć 3 nogi-skrzydła. Ma być wykonany z beczek po modernistycznym barolo pewnego znanego producenta. Nie mamy upoważnienia na ujawnienie jego nazwy. Zamówienie na stół WINGS szwagier złożył niedawno, w okolicznościach niebanalnych, ale trochę schematycznych…

Zorganizował degustację win hiszpańskich, pochodzących z regionu Rioja. Były to 3 reservas z roczników 2011. U szwagra nie ma przypadkowych degustacji, przypadkowego doboru win. Wiedzieliśmy, że ma to związek z sytuacją polityczno-społeczną w Hiszpanii. Otwierając wina z Kastylii szwagier jednoznacznie opowiedział się za jednością Hiszpanii, w wersji reserva. Podczas degustacji analizowaliśmy zagadnienie konwergencji ruchów separatystycznych i nacjonalizmu.

Jednakże na stole stanęły 3 flaszki. Warto o nich coś napisać. Zaczynając od wniosków, to te 3 riojańskie reservas zaproponowały 3 kompletnie różne podejścia do wytwarzania wina. To tym bardziej potwierdzało, że różnice można pogodzić pod jednym szyldem: Rioja, tempranillo, reserva. Nie skutkuje to ogłoszeniem niepodległości winiarza, a zgodnym istnieniem pod wspólnym szyldem apelacji.

Pierwsze wino zaproponowało: świeżość owocu, soczystość, lekkość. Przy tym wino było zgrabne, dobrze współgrałoby z potrawami. Do tego rozsądnie użyto beczkę. Czuliśmy ją, ale na drugim planie w postaci delikatnej wanilii i czekolady z kawą. Ale te efekty nie przytłumiły świeżości owocu. Miło się to wino piło. Uznaliśmy to wino jako dobry przykład moderny, po prostu czuliśmy coś nowego i innowacyjnego. Po odsłonięciu etykiety (degustowaliśmy jak zwykle w ciemno) okazało się, że jest to reservas wyprodukowana przez Bodegas Sonsierra, nazwa wina Pagos de la Sonsierra. Powiadają, że to innowacyjny i kreatywny producent. Nowa fala.

Drugie wino było inne. Tutaj królowała beczka i w aromacie i smaku. Beczkowość w wersji waniliowego sopranu. Można się po kilku łykach przyzwyczaić, wówczas czuje się belgijską, mleczną czekoladę. Przyjemne doznanie. Ważnym czynnikiem na plus była bezsprzecznie długość wina. Kolejne pozytywne zaskoczenie to dynamiczna kwasowość. Tak, intensywność, kwasowość i długość były ważnymi atrybutami wina. To one tworzą to wino, indukowały synergię. Można było nawet przebaczyć to ckliwe przebeczkowanie. Ktoś nawet zaryzykował, że to także modernistyczne podejście. No może. Ale czym konkretnie charakteryzuje się moderna riojańska? Drugą butelką okazała się być reserva wyprodukowana przez Bodegas Sajazarra. Piszą o nich coraz więcej. To dobrze, bo ta butelka wskazuje, że zasługują na rozgłos.

Podczas kosztowania trzeciego wina rozstrzygnęliśmy dylemat, które z win będzie najlepsze. Nie było wątpliwości, że to właśnie wino jest numerem 1. Jeżeli padło porównanie do sopranu czy altu, to to wino było zdecydowanym basem. Ciężkie, zwaliste, taniczne, długie, intensywne. Ilość kontekstów aromatyczno-smakowych szkoda wymieniać, bo w zasadzie można się było doszukać wszystkiego. Nas ujęła szczególnie czarna czekolada i tabaka. Co ciekawe, to beczka była znowu użyta z umiarem. Czuliśmy ją, ale służyła jako przyprawa a nie dominanta. Zachwycała wprost długość wina. Trwało w ustach kilka minut. Ktoś na drugi dzień wysłał sms, że nadal czuje jego smak. To możliwe. Ta reserva może przeorać pamięć winiarską, można je pamiętać kilka lat. To epickie wino. W tym winie czuliśmy dobrze zdefiniowaną tradycję winiarską Rioja, taką oświeconą tradycję. Gdy odsłoniliśmy etykiety ukazała się czerwona etykieta z napisem Alfar Vandemia Seleccionada. Producent Bodegas Valdelacierva.

 

Zapytaliśmy szwagra, skąd ma te cudowne reservas. Wyjaśnił, że butelkę Sajazarra zakupił okazyjnie w Podkarpaciu. Pagos i Alfar pochodzą ze znanego nam już sklepu wysyłkowego Viniteranio http://viniteranio.pl/. Pagos kosztuje 97 zł, Alfar 137 zł. Porównaliśmy z cenami europejskimi, hiszpańskimi i stwierdziliśmy, że te ceny są bardzo dobre. Producenci w sklepach firmowych sprzedają w podobnych cenach. Sprawdziliśmy w sklepie, że brak jest Alfar. Zupełnie nas to nie dziwi. Kto skosztuje raz tego wina uzależnia się i kupuje kolejne flaszki. Poinformowano nas, że kolejna dostawa Afar jest już w drodze. Na szczęście.

Finalizując, degustowanie win z Rioja w wersji reservas z pewnością jest dobrym pomysłem w kontekście stołu WINGS. Wydaje nam się także, że poróżnione strony hiszpańskiej rodziny powinny zasiąść przy takim stole i winie z Rioja i Katalonii, ale i z innych regionów także. Wypić kilkanaście butelek, zjeść coś dobrego, posłuchać Manuela de Falla i flamenco. Wszystkie problemy rozwiążą się od razu. I będzie znowu fiesta.

 

Brak komentarzy - napisz pierwszy

piątek, 30 Czerwiec 2017

2 białe burgundy

Nie pisaliśmy od kilku tygodniu o winie. Wracamy do tego fascynującego tematu. Oczywiście piliśmy wino w tym okresie, w którym zajmowała nas tematyka biznesowo-ekonomiczna. Zdarzało nam się kosztować nawet coś ciekawego. Piliśmy zajmujące tytuły z Medoc, otworzyliśmy 3 butelki Cerasualo di Vittoria. Zorganizowaliśmy degustacje wyrobów z węgierskiego Villany.

Postanowiliśmy szerzej zająć się jedną degustacją, dwoma flaszkami z Cote de Beaune. To szczególne butelki. Wytworzył je tandem Jobard-Chabloz. To znani winiarze należący do burgundzkiej nowej fali. Nasza degustacja była szczególna z kilku powodów. Tak, producencki tandem to pierwsza przyczyna determinująca unikalność tej degustacji. To oczywiste przecież, że wino od znanego winiarza elektryzuje bardziej niż od nieznanego. Ale bywa też tak, że wino od mało znanego winiarza może zaskoczyć.

Drugim powodem, dla którego należy wyróżnić tę degustację jest region pochodzenia wina. Burgundia to szczególne miejsce dla szczepu chardonnay. Można bez wahania stwierdzić, że to najlepsze siedlisko dla chardonnay. Może na świecie są podobne, a nawet lepsze ziemie i okoliczności przyrody, ale to właśnie w Burgundii robi się najlepsze wino z tego szczepu.

Aby wyjaśnić fenomen burgundzkiego chardonnay należy posłużyć się teorią zbiorów. Można podzielić region Burgundii na dwa podzbiory. Pierwszy to Cote de Beuane, drugi Chablis. Każdy z tych podzbiorów można podzielić na kolejne składowe w postaci gmin, które dzielą się na wielką ilość działek.

W Cote de Beaune jest wiele gmin, w których robi się wspaniałe chardonnay. Jednak trzy gminy-apelacje trzeba wymienić w pierwszej kolejności. Są to: Puligny Montrachet, Meurselaut, Charlemagne. Można się spierać, w której z tych gmin robią najlepsze wino. Ten spór jest bezsensowny. Tą listę należy uzupełnić o działki grand cru z Chablis i mamy 4 miejsca, gdzie robi się wspaniałe chardonnay, najlepsze na świecie.

W Cote de Beaune używa się beczki, w Chablis zdecydowanie mniej. Beczkowość chardonnay z Beaune jest wyrafinowana, używana ostrożnie i umiejętnie. Wino jest gęstsze i ma charakterystyczne konteksty maślane, grzybowe i tostowe. Wina z Chablis epatują czystością i wrażeniem tzw. mineralności.

Jeszcze jedna sprawa wyróżnia nasza degustację białych burgundów. Piliśmy wino z rocznika 2005, czyli dość stare roczniki, 12 lat to dość sporo jak na białe wino. Wielkie chardonnay bywają długowieczne, ale okres dłuższy niż 10 lat zmienia wino. Czas eksponuje maślane i grzybowe konteksty.

Otworzyliśmy flaszki. Wypełniliśmy kieliszki. Wino było gęste, oleiste. Kolor sugerował pracę czasu. Ciemnożółty kolor ożywiały zielone refleksy. Zastanawialiśmy, które wino będzie lepsze. Jedna część uczestników zgłaszała słabość do Montrachet i inna do Meursault. Słabość, to taka w sumie irracjonalna inklinacja. Szwagier jednak kilkakrotnie oglądał z uwagą butelkę Meursault. Zwrócił fachowo uwagę, że Les Charmes to nazwa działki leżącej blisko Montrachet, jednej z ważniejszych siedlisk premier cru w całej Burgundii. To sąsiedztwo może wpływać na zbieżność tych win.

Montrachet pachniał tiramisu. Aromat Meurselaut był orzechowy ale i jakby mineralny, chociaż przy tych winach trudno opowiadać o wyraźnej mineralności. Smak Montrachet nie zaskoczył, to była kontynuacja tiramisu z dodatkiem orzechów z grzybowym finiszem. Meurselaut w ustach było zgrabniejsze, czystsze. Czuliśmy głębie owocu i delikatny mineralny kontekst. Ale podobno działka Les Charmes jest kamienna, z podłożem wapniowym, co kreuje wrażenie mineralności podczas wąchania i picia.

To co zwróciło naszą uwagę to nieprawdopodobna wprost intensywność tych win, która przekłada się proporcjonalnie na długość tych win. Smak jest w sumie wtórny, ale intensywność czaruje, zachwyca.

Czy nie powinno się robić wyłącznie takich win ze szczepu chardonnay? To dość banalna myśl. Z serii tych o powszechnym bogactwie i urodzie ludzi. Nie jest łatwo robić wina na tak wysokim poziomie jakościowym. Skutkiem tego jest jedna największa wada tych win. Chyba każdy wie jak wycenia się Montrachet klasy premier cru. Winesearcher wskazał 300 zł jako średni poziom cenowy wina tej klasy tego producenta.

Wino od tego producenta zakupiliśmy kilkanaście lat temu bezpośrednio u producenta. Ostatnio piliśmy Montrachet od Jobard-Chabloz w 2009 roku. Po 8 latach wino zmieniło się, dojrzało. Chociaż nie będziemy pisać, że pamiętamy dokładnie wrażenia sprzed 8 lat. Wydaje nam się, że mniej było wrażeń maślano-tostowych, więcej było owocu i beczki.

Wino tego producenta ma dla nas pewien sentymentalny kontekst. Po pierwsze, zżyliśmy się z tymi butelkami, były w piwniczce przez ponad 10 lat. Po drugie, piliśmy to wino w ważnych okolicznościach i frapującym składzie. Ale o tym nie będziemy pisać.

Brak komentarzy - napisz pierwszy

poniedziałek, 12 Czerwiec 2017

Utowarowienie różnicy #2

blog

Warto zatrzymać się i namyślić się nad tym prostym równaniem. Zrozumienie elementu c – różnicy – jest kluczowe dla zrozumienia poniższego wywodu. Różnica jest głęboko humanistycznym zagadnieniem. To właśnie różnica jest przyczyną sporu. Jedni do niej zmierzają, a inni chcą ją zniwelować. Te odwrotne działania tworzą … różnicę.

Pisaliśmy ostatnio o autentyczności. Ściślej: o powrocie do autentyczności. Chodzi o grę rynkową, a w zasadzie o ducha kapitalizmu, jego kolejne odsłony, ściślej drugiego ducha kapitalizmu, który miał przynieść częściowe wyzwolenie proletariatu od pewnych uwarunkowań mogących ograniczać samookreślenie i samorealizację jednostek. Przewrotne założenia. Była I-połowa XX wieku.

Inna rzecz, że tzw. burżuazja nie miała innego wyjścia. Emancypacja całych klas, grup postępowała. Zadano sobie jednak pytanie: jak to wyzwolenie ukierunkować? Tak, aby wszyscy na tym skorzystali. Należało poszerzyć rynek i włączyć do niego większość. Produkcja mogła wzrosnąć, dochody proletariatu także. Obroty na poszerzonym rynku wzrosły także. Sprzedaż została ukierunkowana na dobra masowe, a takie łatwiej można wytwarzać w masowym systemie produkcji.

Marketing i reklama poprzez media obwieszczała ludziom czego pragnąć i jak te pragnienia spełnić. Doszło do umasowienia pragnień i potrzeb, skutkiem tego była rosnąca sprzedaż, a ta powodowała wzrost produkcji, a to zwiększało wynagrodzenia, czyli siłę nabywczą. Powstał mechanizm sprzężenia zwrotnego.

Wszyscy byli zadowoleni. Nowy, drugi duch kapitalizmu triumfował. Ten okres nazywa się  modernizmem. Zaistniało: umasowienie potrzeb, umasowienie produkcji, standaryzacja produktów. W pewnym momencie coś jednak się zacięło

Każda akcja generuje reakcje. To umasowienie i standaryzacja wywołało falę krytyki. Pojawił się kluczowy zarzut, że: masowa produkcja idzie w parze z umasowieniem ludzi. Lata 60-te to ostra krytyka i żądanie „demasyfikacji”.

Jaka była odpowiedź kapitalizmu i jego głównego frontu, czyli runku? To proste, wedle powiedzenia: jeżeli nie możesz pokonać, to się przyłącz. Inkorporowano zarzuty o umasowieniu. Wszystko można urynkowić. Zarzuty umasowienia stały się dźwignią sprzedaży nowej generacji produktów. Rekonfiguracja nastawiona została na uwypuklenie zróżnicowania produktów. Wrażenie umasowienia uległo zatarciu.

Zróżnicowane produkty wytwarzano nadal w systemie masowej produkcji. Zaistniała różnica była jednak pozorna. Produkowano w krótszych seriach. Niuansowano poszczególne serie. Indywidualizowano sprzedaż. „Humanizowano” produkty poprzez nawiązanie do zdrowia i piękna ciała.

Takie zabiegi różnicowania miały na celu wypełnienie postulatu autentyczności, który był odwrotnością umasowienia. Ten zabieg początkowo się udawał, ale ostatecznie poniósł porażkę. Autentyczności nie można utowarowić. Autentyczność nie może być pozorna. To byłaby sprzeczność logiczna. A nie może być B.

To paradoks. Aby zasłużyć na emblemat autentyczności dobra powinny zostać pozyskane spoza sfery rynku. Utowarowienie autentyczności zakłada ścisły związek z oryginałem, który w zasadzie nie może być towarem. Ten obiekt posiada czystą wartość użytkową, określoną w szczególnej relacji z użytkownikiem. Podobnie jak dzieło sztuki.

Wychodzi na to, że dobra określane jako autentyczne są poza rynkiem. Utowarowienie, to przeniesienie danej wartości w sferę wymiany i transakcji, której celem jest osiąganie zysku. Utowarowienie, to seria operacji, poprzez które dobro nierynkowe przechodzi aby finalnie stać się produktem.

Utwowarowienie tego co autentyczne zakłada, że najpierw odnajdzie się dobra posiadające zasoby autentyczności, będące potencjalnym źródłem zysku, a nie zostały jeszcze wciągnięte w sferę rynku. Jakie byty posiadają pokłady autentyczności? One wynikają z samego istnienia ludzkiego, ale i krajobrazów, atmosfery, gustów, relacji, partycypacji, sposobów bycia i działania.

Zrobiło się za bardzo teoretycznie. Przejdźmy do przykładów, pytań i prowokacji.

Dzieła sztuki są poddawane rynkowej wycenie i istnieje rynek dzieł sztuki. Czyżby to oznaczało, że dzieła sztuki są nieautentyczne? Mleczarka Vermeera nie jest autentyczna? Straż nocna Rembrandta jest nie jest autentyczna? Nie chodzi tutaj o rozróżnianie oryginału i kopii obrazów. Chodzi o wymiar autentyczności oryginału!

Wycena i sprzedaż dzieł sztuki na rynku nie pozbawia obiektu autentyczności. Urynkowienie nie kastruje danej rzeczy z autentyczności. To jest pewne. Czyli można być obiektem poddanym grze rynkowej i posiadać stygmat autentyczności. Gdzie jest zatem granica, po przekroczeniu której rzecz przestaje być autentyczna? Jeżeli istnieje granica, to oznacza, że można ją poddać analizie ilościowej, pomiarowi.

A jak jest z winem? Czy ono może być autentyczne? Czy wino Romanee Conti posiada kod autentyczności? Produkcja jest niewielka, ceny wysokie, sprzedaż elitarna. Mówi się także o unikatowości wina tego wytwórcy. Ale wielkie wina podobno są oryginalne, bo to immanentna cecha wielkości. Ta oryginalność wynika z autentyczności, a może odwrotnie.

Unikalność to szczególna cecha, to umiejętność wyrobienia sobie własnego stylu. Gdy słuchamy muzyki Mozarta, Bacha, trąbki Milesa Davisa, to od razu rozróżniamy styl. Wypracowanie własnego stylu jest podobno bardzo trudne. Posiadanie własnego stylu konstytuuje autentyczność twórcy i jego dzieła, wyrobów, realizacji.

Jak może przejawiać się unikalność wina, styl producenta? To ciekawe zagadnienie. Warto tym zagadnieniem się zająć. Czy to jest jakaś szczególna struktura wina, gra kwasowości i taniczności? Ale to by trochę upraszczało sprawę. To pewnie jest układ z większą ilością zmiennych. Wzajemna zależność zmiennych tworzy unikalny kod.

Ważna dla stylu jest powtarzalność, bez niej nie można mówić o stylu. To jak powtarzać ten unikalny kod wina w poszczególnych latach? Może kluczowym elementem kodu wina jest ziemia, siedlisko? Oczywiście, rola wytwórcy jest także zasadnicza, bo to on ostatecznie wytwarza wino, a to wytwarzanie jest serią czynności elementarnych, które są charakterystyczne dla każdego wybitnego winiarza.

Opisywaliśmy ostatnio wino Jacobus, znanego producenta Comenge z Ribera del Duero. Tak, to wino miało stygmat autentyczności. Ale jak zdefiniować jego unikalność? Czy aparat języka nie jest zbyt ubogi, aby to adekwatnie określić? Paść może bezradne … to się czuje… Tę przejmującą owocowość sprzęgniętą z równowagą struktury, plus uroczo szczerą wiśniową porzeczką, okraszoną subtelną waniliowością beczki. Ale to są tylko słowa. Trzeba się napić…

Brak komentarzy - napisz pierwszy

wtorek, 16 Maj 2017

3 flaszki Bodegas Comenge i 3 inne

blog

Jeszcze czujemy w ustach smak wina Jacobus. Pisaliśmy o nim ostatnio sporo. Tym razem otworzyliśmy 3 kolejne butelki wspaniałego producenta – Comenge.

Biberius 2016 klasy roble, crianza 2016 i reserva 2011. Owszem powinniśmy degustować w innej kolejności, rozpocząć od wina podstawowego Biberius i zakończyć Jacobus. My zrobiliśmy odwrotnie. Zdarza nam się częściej robić odwrotnie, ale nie dla próżnej przekory. Przyczyny tego są nader skomplikowane, aby je teraz objaśniać.

Musimy przyznać, że po skosztowaniu Jacobus pojawił się naturalny sentyment do producenta, szacunek dla jego klasy mieliśmy wcześniej. Sentyment to bardzo ulotne i subtelne uczucie. Nie jest to zakochanie, ale nie jest to także banalne, chwilowe zauroczenie. To takie pozytywne nastawianie zabarwione czułością. Pozytywne nastawienie powoduje, że wszystkie składowe wina interpretowane są na jego korzyść. To taka … tendencyjna obiektywność.

Gdy otworzyliśmy Biberius początkowo nie spodobał nam się jego aromat. Skojarzył nam się z … kompotem. Ale zaczęliśmy zastanawiać się głębiej, no i doszliśmy do wniosku, że ten aromat przywołuje wspomnienia z lat dziecinnych, kiedy to latem babcia serwowała kompot truskawkowy. Ktoś nawet zaczął uściślać, że był to kompot truskawkowo-wiśniowy. Uzasadniał to tak, że babcia wiedziała, że truskawki są za słodkie, więc trzeba je połączyć z kwaskowymi wiśniami. Czy możliwe jest takie cudownie genialne połączenie? Truskawki dojrzewają w czerwcu, a wiśnie początkiem sierpnia. Jak zatem babcia mogła łączyć te owoce w swoim kompocie?

Wspomnienia z dzieciństwa czasami się plątają, ale taka ich natura. Po czterdziestu latach wszystko staje się już prawdą. W krainie dzieciństwa truskawki i wiśnie dojrzewają symultanicznie. Babcia robi najsmaczniejszy kompot. Dziadek opowiada najciekawsze historie. Lata są najgorętsze. Wujek jest prawdziwym herosem. Woda w rzece jest krystaliczna. Czereśnie mają miodową słodycz. Wieczorem nie gryzą komary. A Marysia z sąsiedztwa ma prawdziwie zielone oczy…

Babciny kompot miał także orzeźwiającą głębie owocu, zbliżoną do smaku i posmaku wina Biberius, wyprodukowanego w krainie Ribera del Duero…

W Biberius czuliśmy wszystkie odcienie owoców ogrodu, oprócz wiśni i truskawki wyczuliśmy także maliny i poziomkę. W smaku była kontynuacja ogrodowych cudowności aromatu. Wszyscy zaczęliśmy wino chwalić, zapomnieliśmy o tym pejoratywnym kompocie. Tak też zinterpretowaliśmy aromat wina Biberius na korzyść, podobnie było ze smakiem, wychwalaliśmy jego owocowy drive, niezłą długość, lekkość, rześkość. Wtedy szwagier wpadł na pomysł, aby porównać Biberius z …

Resalso 2013 Emilio Moro. Wina tej samej klasy wyprodukowane przez wiodące wytwórnie Ribera del Duero, a może nawet całej Hiszpanii. Szwagier nie wymyślił tego w czasie degustacji, tylko był starannie przygotowany do tej prowokacji. Po złożeniu propozycji konfrontacji przybył z karafką zdekantowanego Resalso…

Napełniliśmy kieliszki. Resalso było ciemniejsze, gęstsze. Powąchaliśmy. Było zupełnie inne, przeważały ciemne owoce, z wysoko zaznaczoną czereśnią, a nawet ciemną dziką czereśnią. To jest wspaniały aromat. Wyczuliśmy także pewną nutę ziemistości. Skosztowaliśmy. Wino było gęstsze od Biberiusa, głębsze, bardziej złożone, masywniejsze. Można odważnie stwierdzić, że było lepsze. Tylko jedna cecha zakłóciła sielankę. Ziemistość w zasadzie była podszyta bretem, wyraźnie czuliśmy stajnie. Stawało się to nieznośne. Wyraźnie ktoś wino przetrzymał w maceracji. Pytanie czy to przypadek, czy też intencjonalny zabieg?

Tacy producenci jak Comenge i Moro nie robią wina przypadkowo. Dlaczego zatem w wielkim Bodega Emilio Moro winiarz zepsuł wino tym bretem? Podpowiedzi udzielił szwagier. „Oni sprzedają to wino do USA”, rzekł krótko. Przypomnieliśmy sobie, jak pewien Włoch opowiadał jak przetrzymuje się w Toskanii wina podczas maceracji, gdy wina eksportuje się do USA. Podobno tam lubi się tę stajenną ziemistość.

Ktoś zaproponował rozwiązanie, że Resalso powinno mieć dwie wersje: amerykańską i europejską. Proste, ale jednak mocno skomplikowałoby przekaz marketingowy. Która wersja jest lepsza? My wiemy, że europejska. Ale takie podziały mogłyby zachwiać sojuszem euroatlantyckim. Nie ma co jeszcze bardziej komplikować geopolityki.

I tak „kompotowy” Biberius pobił w bitwie „stajenne” Resalso. Zadecydowała jedna cecha. Wiedzieliśmy także, że Biberius korzystał z naszego sentymentu, a Resalso już nie. Nie będziemy teraz rozprawiać na temat subiektywizmu, któremu napęd podaje nastawienie, które z zasady jest irracjonalne. Próbując sprawę zobiektywizować, to obydwa wina są interesujące, odmienne, ale bardzo dobrze zrobione. To wspaniałe wina w swojej klasie. Kiedyś kosztowaliśmy roble od Lopez Cristobal i nie możemy zapomnieć o jego smaku, zrobiło na nas duże wrażenie.

Po tej próbie przeszliśmy do Comenge Crianza. Tym razem ono miało także konkurenta, inną crianza. Mało znanego producenta Jordan Asso spod Saragossy. Porównywaliśmy te wina w ciemno. Dziwne, połowa zebranych wskazała na crianza Asso, druga połowa uznała, że  crianza Comenge jest lepsza. Szwagier zabrał głos już po ciemnej degustacji. Fachowo objaśnił zaistniałą sytuację z ocenami…

Crianza Asso była dojrzała, bo była wyprodukowana w 2011 roku. Owszem, była bardzo dobrze zrobiona, wyjątkowa, jak na niską cenę, prawie 3-razy tańsza od wyrobu Comenge. Połowa zebranych doceniła zbalansowanie wina, ono zawsze związane jest z wiekiem; dobrze użytą beczkę i dużą przyjazność wina, nazywa się tą cechę nieładnym słowem „pijalne”. Tak szwagier objaśniał crianza Asso.

Napiliśmy się wszyscy raz jeszcze, już w jasno crianza Comenge. Wtedy zrozumieliśmy, co chce powiedzieć szwagier. To wino rzeczywiście było wyraźnie lepsze, chociaż jeszcze za młode. 2016 rok, to wczesna młodość, a nawet dzieciństwo tej crianza. Było ciężkawe i nie było tak przyjazne jak konkurent i to zadecydowało, że mniej wprawni degustatorzy zachwycili się prostą przyjaznością. Ale crianza od Comenge było bogatym winem. Jego bukiet miał kilka elementów wspólnych z Resalso. Też czuliśmy ciemny owoc. Ale wyczuliśmy także soczystość, jakby kontynuację Biberiusa, tylko w lepszej wersji. Czuć tę samą rękę, która wykonywała to wino.

Czarowała balsamiczność. W Comenge umieją używać beczki. Pijąc tę crianza doświadczaliśmy tego. Szczególnie urzekła nas czekoladowość, niesamowita mleczna czekolada, chyba belgijska. Prawdziwe studium czekoladowości. Lubimy czereśnie w winie, ale co czekolada, to … czekolada. Nie mogliśmy sobie przypomnieć, czy wcześniej piliśmy tak wspaniale czekoladowe wino. To numer 1. Co może zdziałać dobrze użyta beczka w winie? Istne cuda!

Wszyscy zgodzili się ze szwagrowa oceną crianzas, ale padło pytanie: to co teraz powiedzieć o winie crianza Asso? Szwagier jasno stwierdził, że to wino powinno mogłoby być ozdobą każdej dyskontowej kolekcji, ponieważ ma doskonałą relację cena-jakość. Przeliczyliśmy szybko koszt zakupu (u producenta) i marże i wyszło nam, że wino mogłoby kosztować dyskontowe 19,9zł. Napisaliśmy o dyskontowej kolekcji, ale nie chcieliśmy degradować tego wina w taki sposób.

Gwiazdy, hity dyskontowe, to są zazwyczaj dobre wina w bardzo dobrych cenach i dlatego zostają właśnie hitami. Nie zdziwilibyśmy się, gdyby takie wino oferował także sklep specjalistyczny, tylko w cenach dyskontowych. Zaczęły się w Polsce pojawiać takie sklepy specjalistyczne, najlepszym przykładem jest ViniTeranio.

Przeszliśmy do degustacji w kategorii wagi ciężkiej. Reserva Comenge z 2011 porównywana była w ciemno z winem nam nieznanym. Wiedzieliśmy jedynie, że jest to reserva ze szczepu Tempranillo. Ta konfrontacja była kulminacją wieczoru. Szwagier nie był pomysłodawcą tej drugiej reserva. Powierzył wybór odpowiedniego wina najzdolniejszemu spośród nas – szaraków-degustatorów. Zadanie wykonał prawie dobrze…

Aromaty reservas były wspaniałe.  Owocowo-czekoladowy, a drugi waniliowy. Takie były dominanty, ale owoc i wanilia nie były jedynymi aromatami. Czuliśmy głębię zapachu każdej reserva. W zasadzie to każde kolejne niuchnięcie sugerowało kolejne skojarzenia. Nie będziemy ich wymieniać, ponieważ niewiele to wniesienie do zrumienia tych reservas.

Warto w tym miejscu zastanowić się nad dyskretną głębią aromatów. To pozornie sprzeczne. Głębia niby powinna powalać, narzucać się, być bardzo wyraźna. Nic bardziej mylnego, głębia może być dyskretna. Głębia nam się może objawić po namyśle, kontemplacji. Głębia wcale nie musi być krzykliwa, może być elegancka, a elegancja jest dyskretna zawsze. Elegancje trzeba odkrywać w kontemplacji. To wymaga wprawy, a aby posiąść umiejętność dekodowania elegancji trzeba wysiłku w wyuczeniu się tej kompetencji. Tego się ciągle uczymy i wąchając reservas wyczuliśmy ową dyskretną elegancję. Ucieszyło nas to, ponieważ partycypowanie w elegancji daje satysfakcję.

Skosztowaliśmy win i wpadliśmy w zachwyt. Były w zasadzie różne. Jedno było wyraźnie starsze, dojrzałe, ułożone, zbalansowane. Drugie młode, ale bardzo ambitne. Nie mogło zaprezentować pełni swoich możliwości jeszcze. Porównywanie ich nie miało sensu. To tak jakby porównywać 20-letniego, efebowego, ambitnego młodzieńca z 60-letnim dojrzałym mężczyzną, już z mądrością i doświadczeniem wynikłym z wieku. Każdym można się zachwycić, ale z innych względów. W klasie młodzieńców, to był urokliwe wino, zachwycające, błyskotliwe. Może z niego wyrośnie sam winiarski geniusz, Einstein czy Mozart? Wino dojrzałe może nie było Mozartem, ale zdecydowanie warto było wysłuchać jego melodii.

Konkurentem reserva Comenge okazała się reserva Sajazarra z 2005 roku. 6 lat zrmobiło różnicę. Szwagier nie był do końca zadowolony z tego zestawienia. My byliśmy i to nawet bardzo. Zestawienia powinny uwzględniać wiek wina. To oczywiste. Nas to jednak sprowokowało do przemyśleń, jak też będzie smakować reserva Comenge za 5 lat? Będzie lepsze, ale o ile? Czy można to odmierzać w procentach?

Smak i wrażenia mają inną jednostkę. Jej podstawą jest wzruszenie. Ono przeszywa nagle. Biegnie szybko od pnia mózgu do centrum płuc, wtedy mamy problem z oddechem. Dalej wzruszenie kontynuuje zjazd poprzez lewą komorę serca, wówczas czujemy słodkie wzmożenie. Potem bieg prostuje się wydłuż kręgosłupa i hamuje w części lędźwiowej, ściślej – w kości ogonowej. Tam odczuwamy figlarne mrowienie. Tak kończy się odczuwanie biegu wzruszenia. Trwa to jakieś kilka sekund. Można to przeżyć kilkakrotnie, ale najczęściej jednak ze słabnącą energią.

Jeżeli ktoś chciałby skosztować wina Comenge, to powinien udać się do sklepu www.viniteranio.pl. Może też wysłać maila. Wszystkie wina Comenge kosztują tyle samo ile w sklepie firmowym Comenge w Riberra del Duero. Oby tak wszyscy w Polsce sprzedawali swoje importowane wina. Niech to się stanie „nową tradycją”!

Brak komentarzy - napisz pierwszy

niedziela, 30 Kwiecień 2017

Flaszka z Ribera del Duero – Jacobus

blog

Mamy okazję jako pierwsi w Polsce napisać coś o najnowszym projekcie znanego winiarza z Ribera del Duero. Winiarz to Don Miguel Comenge. Projekt nosi tytuł Jacobus. Rocznik 2012. Wyprodukowano tylko 1000 butelek. Jedna trafiła w nasze ręce. Była Wielkanoc. Otworzyliśmy okazałą flaszkę. Wypiliśmy wszystko. Została pusta butelka. To dość prozaiczny scenariusz, ale treść butelki nie była zwyczajna…

Można rozpisywać się o eksperymencie Don Comenge. Skoncentrujemy się na zasadniczych sprawach. Wino nie zawiera siarczanów, czyli jest naturalne. To jest możliwe, jeżeli twórczo wykorzysta się osad fermentacyjny. Trzeba trzymać w beczce wino 30 miesięcy z tym osadem, który co jakichś czas trzeba delikatnie poruszyć. Osad ma podobno właściwości balsamiczne i konserwujące. Dlatego nie trzeba dodawać do wina konserwantów. Ale to nie wyłączny wpływ osadu na wino, na jego jakość. Osad wpływa stymulująco na wrażenie owocowości i soczystości wina. To już ociera się o magię, ale przy tym projekcie pracowali empiryści, oprócz Don Comenge – naukowcy-inżynierowie z Politechniki w Madrycie.

Na osadzie robiono już białe wina, ale tym razem temu sposobowi starzenia poddano wino czerwone. Czy mamy do czynienia z prawdziwym New Age przetwarzania soku z czerwonych gron w wino? Czy zwykły osad może mieć taki przemożny wpływ na wino? Pijąc Jacobus mieliśmy wrażenie, że tak się właśnie dzieje. Osad zmiękczył wino, ale i 5% dodanego merlot także.

Na okazałej butelce Jacobus znaleźliśmy tekst, który w istocie jest specyficznym wierszem, winiarską liryką pełną metafor. Postanowiliśmy rozszyfrować ten winiarski liryk. To taki zgrabny poemacik napisany na boku gustownej etykiety. Niby zwyczajnie, a jednak… Odniesiemy się do wybranych fraz.

Autor poemaciku twierdzi, że Jacobus to „symbol drogi”. Co ma na myśli? Czy wino może mieć coś wspólnego z drogą? Jeżeli drogę rozumiemy, jako przejście, to z pewnością Jacobus jest przejściem, a może nawet powrotem do naturalności, czystości. Wszak konserwanty zanieczyszczają wino; taka jest cena ochrony wina przed niepożądanym wpływem czasu. Drogę, jako symbol, możemy interpretować również jako czyn – intencjonalne działanie, nakierowane na zdefiniowany cel.

Sławny Antonio Morata stwierdził, że Jacobus posiada złożoną osobowość, głębokie taniny i nieśmiertelne owoce. Pisaliśmy wcześniej o drodze, czynie i celu. Uzyskanie złożonej osobowości może być celem drogi. Czy może zaistnieć „osobowość” wina? Może, jeżeli owoce uzyskają „nieśmiertelność”. To sugeruje Morata. Takie cechy i właściwości uzyskuje się również w poezji i baśniach.

Jacobus upodmiotawia się, jeżeli uznamy przekroczyliśmy granice sensualnej empirii i przeszliśmy na stronę metafory i „symbolu drogi”. Pijąc Jacobus nie jest to trudne. Już po pierwszym łyczku jesteśmy w onirycznym wymiarze.

Na etykiecie czytamy, że Jacobus jest „istotą ziemi”. Ewidentnie autor nie ma na myśli ziemi jako gruntu i gleby. Chodzi mu o planetę, o szerszy egzystencjalny kontekst. Czy nie ma w tym przesady? Stosowanie hiperboli mieści się w konwencji liryki, a nawet jest jej częstym narzędziem. Dlaczego wino Jacobus może być istotą Ziemi? Tutaj chodzi o bliskość natury, maksymalnie bliskie sąsiedztwo z naturalną czystością, która kanalizuje się w intensywnej prostocie soczystości owoców winorośli. Genialność i wielkość mieszka w prostocie.

Ów owoc jest przecież końcem cyklu wegetacji, a zarazem jest zaraniem nowego wegetatywnego okresu. Tworzenie wina jest ludzką interwencją pomiędzy tymi sąsiadującymi cyklami. Ta interwencja staje się jakby dygresją, której wytworem jest wino –  butelka Jacobus nr 381. Nie każde wino może stać się „istotą Ziemi”. Trzeba napić się Jacobus aby wiedzieć, jakie wino może awansować do roli partycypacji w „istocie Ziemi”.

Zastanowiło nas zdanie informujące, że Jacobus może być „marzeniem podróżnika”. Owszem, takie wino chciałoby się pić w podróży, w wielu innych okolicznościach także. Jednakże aby zrozumieć tą metaforę trzeba zastanowić się nad tym, co jest podstawowym założeniem każdego prawdziwego podróżnika. Odpowiedź jest w rdzeniu słowotwórczym „podróżnik”, a jest nim droga (przynajmniej po polsku). Pisaliśmy o tym wcześniej.

Drogę, należy rozumieć jako przechodzenie, partycypowanie podróżnika w rzeczywistości poprzez ciągłe mijanie kolejnych miejsc w czasie. To różni właśnie podróżnika od turysty. Ten drugi przyjeżdża do danego miejsca i konsumuje. Barbarzyńsko zasysa, wciąga wszystko co wolicjonalnie uważa, że warte jest konsumpcji. Po czym trawi swoje wrażenia o miejscach i wydarzeniach, a na końcu wydala i zapomina.

Różnica pomiędzy turystą a podróżnikiem jest podobna do relacji profanum do sacrum.

Podróżnik mija miejsca, to odbywa się w czasie. Jego marzeniem jest krótkotrwały akt miłosny realizowany w niepowtarzalnej czasoprzestrzeni. Podróż jest ciągiem takich krótkotrwałych aktów. A podróżnik realizuje się właśnie w nienasyceniu i ciągłym przeżywaniu miłosnych aktów poznania i partycypacji. Przypomina to działanie Syzyfa; różnica jest taka, że działanie podróżnika jest pozbawione rozczarowania i cierpienia. Każdy niuchnięcie, każdy łyk Jacobus jest emanacją, twórczą substytucją podróży i dlatego jest „marzeniem podróżnika”.

Wspomnieliśmy o wąchaniu Jacobusa, trzeba stwierdzić, że czynność ta sprawia szczerą satysfakcję. Czuje się gęsty, soczysty owoc, esencje Tempranillo. Aromat nie jest nachalny, potrafi jednocześnie łechtać. Jest w tym aromacie coś naglącego, ponieważ chce się już wina skosztować. Rozsądek jednak wyklucza barbarzyński pośpiech. Wąchamy więc dalej, zatracamy się w tym wąchaniu, w owocowości aromatu, aż zaczynamy czuć … wrześniowe żniwa w Ribera del Duero, ustępujący upał wieczorem i satysfakcję żniwiarzy.

Czytamy dalej etykietę Jacobus i ów transparentny winiarski poemacik. Autor sugeruje, że poprzez picie wina Jacobus można doświadczyć i zrozumieć „czystość upływu czasu”. Mocne. Zagadnieniem czasu zajmowało się wielu filozofów. Starożytni Grecy wyjaśniali czas jako nieskończony, bez początku i końca, związany z najdoskonalszym ruchem – ruchem po okręgu.

Zatem, „czystość upływu czasu” wynikać może z ruchu po elipsach i krągłościach beczki. Wino Jacobus spędziło sporo czasu w beczce, prawie 30 miesięcy. To sporo czasu aby wino przejęło logikę okrężnego ruchu czasu w beczce i dzięki temu oddawało szczodrze wrażenie „czystości upływu czasu każdemu pijącemu wino Jacobus. Uwzględniwszy gęstą, oleistą soczystość owocu w winie, degustujący doświadcza cudownego zjawiska synergii. Wrażenia, dodając się, nie tworzą prostej sumy, stają się ich multiplikacją.

Można doświadczać „czystości upływu czasu” wedle św. Augustyna. On objaśniał czasowość inaczej niż Grecy. Wedle niego czas stworzył Bóg. Upływający czas doświadczamy poprzez upływające chwile, które przepływają tak szybko, że nie sposób przypisać im żadnego trwania. W tym beztrwaniu kolejnych chwil może zasadzać się pojęcie czystości upływu czasu.

Mając w ustach wino Jacobus odczuwamy ciągłą zmianę, płynność zmiany i tym samym wrażeń. Poszczególne wrażenia smaku wina w następujących po sobie chwilach odmierzają upływ czas w sposób doskonały. Chwile nie trwają, ale czujemy jednak namiętność każdej. Zatem trwanie chwili może nastąpić wyłącznie poprzez czynnik namiętności. Okazuje się, że możemy odczuwać czas poprzez namiętne chwile, a sama namiętność jest ponadczasowa.

Od pierwszego do końcowego wrażenia wina jest kilka minut, bo wino Jacobus jest bardzo długie. Podczas okresu długości wina doświadczamy „czystości upływu czasu”.  To autor wiersza na etykiecie miał na myśli. Nie jest to takie proste, ale warto się nad tym zastanowić i poczuć.

Na etykiecie możemy przeczytać stwierdzenia z kontekstem teologicznym. Jak inaczej interpretować umiejętność „zachowania duszy wina”? Tę umiejętność podobno posiadł Jacobus. To całkiem możliwe. Teologiczni puryści uznaliby takie pisanie za obrazoburstwo, ale my nie jesteśmy takimi dogmatykami.

Należy dopuścić możliwość istnienia duszy rzeczy, jako platońskich idei. O „rzeczach samych w sobie” (Dinge an sich) pisał wielki Immanuel Kant. To byty transcendentne, w zasadzie niepoznawalne. To może być właśnie „dusza wina”, która zachowała się, wedle poety z etykiety wina Jacobus. Zachowała się jako „czysta istota rzeczy”. Aby ją lepiej pojąć należy zastosować redukcję fenomenologiczną. W tym celu trzeba przeczytać koniecznie Edmunda Husserla. On wyjaśni jak odejść od ciasnego przekonania o realnym istnieniu świata i poznającego podmiotu. Nasza świadomość stanie się wówczas czysta, będzie traktować świat wyłącznie jako fenomeny, zjawiska. Wtedy możemy dotknąć „duszy wina”, zrozumieć dlaczego zachowała się w winie Jacobus.

Według wspomnianego wcześniej Antonio Moraty, Jacobus może pokazać swoje najlepsze oblicze w najbliższych latach. Czyli, jeszcze wyraźniejsze doświadczanie „duszy wina” Jacobus dzięki zwiększonej intensyfikacji wrażeń pijących. Piliśmy Jacobus podczas Wielkanocy i trudno nam sobie wyobrazić, że można doznać jeszcze większej intensyfikacji jego duszy. Ale skoro Morata tak utrzymuje, to należy mu wierzyć.

Autor winiarskiego wiersza z etykiety Jacobus pisze jeszcze o: unikalności, wykwintności, tożsamości. Ma rację. Nie będziemy tego szerzej komentować. Skoncentrowaliśmy się na najbardziej nośnych metaforach. Ocierają się one o: poezję, ontologie, egzystencjalizm, teologię. Te stwierdzenia poddaliśmy wiwisekcji i interpretacji. Chcieliśmy być chociaż w połowie tak konstruktywni, jak autor tego zgrabnego wierszyka na etykiecie.

Wino Jacobus daje nie tylko początek nowego paradygmatu fermentacji, ale także opisywania wina na etykietach. Jak ma się tekst z etykiety Jacobus do wyeksploatowanego ględzenia, że wino jest: dobre do wołowiny, czy kurczaka po tajsku? Czy wobec takich mocnych fraz można dopisywać, że wino Jacobus czuć wiśniami i porzeczką? To tak jakby pisać we wprowadzeniu do symfonii Beethovena, że kompozytor napisał ją piórem pochodzącym z gęsi spod Lipska, na papierze nutowym wykonanym z sosnowej tarcicy. Wino Jacobus jest całościowym bytem i zyganie do niego takimi określeniami jest obrazoburstwem.

Owszem, pisanie poematów na etykietach win z dyskontu także jest nieporozumieniem. Tam należy zachęcać do konsumpcji wina zamiast kompotu i korporacyjnego piwa, o wódce nie wspominając nawet.

Wino Jacobus będziemy pamiętać długo. Wiemy, że na temat tego wina sporo pisał szwagier z Don Alberto we wzajemnej korespondencji. Szwagier w części ją ujawnił. Oni zeszli na niski poziom szczegółowości. Analizowali autochtoniczne rodziny drożdży, na jakich podobno przebiegała fermentacja wina Jacobus. Comenge z dużym pietyzmem dobiera szczepy drożdży do poszczególnych win, utrzymuje ścisły kontakt z ośrodkami badawczymi z Madrytu. Ich wyroby są poprzedzane prawdziwymi introdukcjami badawczymi. Tylko w taki sposób można katalizować i uprawdopodobnić tchnienie w wino boskiego czynnika – schoner Gotterfunken. Iskra Bogów obiera za siedlisko tylko wina doskonale przygotowane. Jacobus to wspaniała hacjenda.

Jacobus powstaje z dużym rozmachem. W 2012 wytworzono tylko 1000 butelek. My piliśmy numer 381! Ten tytuł ma także konotacje historyczne, memoriałowe i symboliczne. Tytuł Jacobus nawiązuje do imienia twórcy winnicy – Don Jacobo. Nazwa stanowi również pewną aluzję do przebiegającego nieopodal winnicy  szlaku pielgrzymowania do Santiago de Compostela znanego jako Camino de Santiago, chodzi o poszukiwanie wewnętrznej, duchowej równowagi podczas ziemskiej wędrówki człowieka.

Wszystko w winie Jacobus ma empiryczne i uduchowione źródło. W tym winie nie ma przypadku.

Te wszystkie imponderabilia poznaliśmy dzięki płodnej korespondencji szwagra i Don Alberto i własnym badaniom podczas Wielkanocnej degustacji. Wino Jacobus przyniósł szwagier, wieczorową porą. Do dzisiaj każdy, kto brał udział w degustacji ma jeszcze jego aromat w nozdrzach i smak w ustach, a w sercu namiętne wspomnienie.

Jeżeli ktoś chce nabyć to wino, to może to uczynić pisząc list na pergaminie do właściciela sklepu ViniTeranio, można ostatecznie wysłać maila. Trzeba się spieszyć, bo podobno zostały jeszcze dwie butelki. Wino nie jest tanie (602zł), ale www.viniteranio.pl stosuje ceny takie jak w sklepie firmowym Comenge nie tylko na Jacobus, ale na wszystkie marki rodziny Comenge i wyroby innych producentów. Ave!

Komentarzy: 3

wtorek, 18 Kwiecień 2017

3 Reservas z Rioja, Ribera i Toro

blog

Wszyscy rozpoznają obraz Malczewskiego przedstawiający Don Kichota i Sancho Pansa. Jest coś polskiego w tej malarskiej interpretacji. Hiszpańskość  Don Kichota ma także jakichś polski rys…

Co należy zrobić gdy pije się hiszpańskie wino? Trzeba zastanawiać się nad istotą  hiszpańskości pitego wina. Należy koniecznie uwzględnić w tych analizach Don Kichota. Pisaliśmy w kontekście wina o malarstwie hiszpańskim, o flamenco, o muzyce de Falla.

Tym razem szwagier zaproponował nam 3 butelki z trzech różnych regionów winiarskich. Nakazał przed degustacją lekturę Don Kichota. Jedni czytali nocami, inni odsłuchiwali płyt na przyspieszonych obrotach. Każdy chciał być przygotowanym. Gdyby tak szwagier uzależnił uczestnictwo w degustacji od znajomości powieści? Szwagier sugerował także zapoznanie się z eseistyką Jose Ortega y Gasseta, ale to już nie obowiązkowo tylko fakultatywnie. On w wielu miejscach nawiązuje do zagadnienia hiszpańskości.

Na początku degustacji szwagier postawił odważną hipotezę, że oto: hiszpańskość istniejąca w warstwie intelektualnej przejawia się także w koncepcji wina, szczególnie tego pochodzącego ze Starej Kastylii i Rioja. Tę hipotezę mieliśmy poddać falsyfikacji podczas badań w formie hybrydowej degustacji.

Przyjęliśmy jednogłośnie zaproponowaną przez szwagra metodologię badawczą. Ona miała przebiegać dwutorowo. Z jednej strony mieliśmy dyskutować o hiszpańskości jako kategorii i zjawisku obiektywnym, a z drugiej strony organoleptycznie doświadczać owej hiszpańskości pijąc bez ograniczeń hiszpańskie wino z trzech regionów winiarskich: Toro, Ribera del Duero i Rioja. Ta metodologiczna dwutorowość badań miała na celu synergizację wyników procesu wnioskowania.

Na stole stały 3 butelki:

Marques de Penamonte Reserva 2008, Bodegas Torreduero,

Tierra Aranda Reserva 2009, Bodega Tierra Aranda,

Ceacus Reserva 2009, Bodega Pagos de Larrea.

Wedle szwagra, wino z tych trzech flaszek pozwoli nam stwierdzić i zrozumieć istnienie  amorficznej i dlatego trudno uchwytnej hiszpańskości w winie. Ona nie kanalizuje się określonym smakiem, a tym bardziej jej objawem nie jest beczkowość, jak często się sądzi. To kiedyś sugerował szwagrowi Don Alberto.

Podobno owa hiszpańskość wina przejawia się ulotnym doznaniem enigmatycznej partycypacji, miłosnej dyfuzji. Jest nagłym doświadczeniem obecności tego co istnieje na granicy, a ściślej tego co znajduje się pomiędzy. A poprzez swoje migotliwe istnienie dokonuje ciągłych aktów transgresji. I to właśnie obsesyjne przekraczanie pozwala doświadczać aktu zbliżania, które nigdy nie stanie się bezpośrednim dotknięciem. Jest zawieszone pomiędzy oczekiwaniem i spełnieniem. A ta chwila tuż-tuż przed orgiastycznym spełnieniem jest naprawdę inspirująca, to o niej podświadomie marzymy. To właśnie Faust obiecywał Małgorzacie i to chcielibyśmy zawsze ofiarowywać wszystkim Margaritas tego świata – dojrzałe chwile jak perły, które zamieniają się kwiaty. „Trwaj chwilo, jesteś piękna”, to powiedział Faust tuż przed śmiercią.

W ten sposób, mniej-więcej, szwagier próbował objaśniać nam hiszpańskość w winie, chociaż wydawało się to tak abstrakcyjne, że aż bezsensowne, a jednocześnie ładne. Ta szwagrowa opowieść zbliżyła nas trochę do postaci Don Kichota. On także wędruje pomiędzy ratio i fides, na granicy tego co racjonalne i irracjonalne. Mieliśmy wrażenie, że szwagier podczas tej degustacji upodabniał się do Don Kichota…

„Oto obcujemy z pełnią hiszpańskości” – pisał prawie sto lat temu Ortega y Gasset odnośnie lektury Don Kichota. Jeżeli tak, to należy zastanowić się, czy ta pełnia hiszpańskości wynika z wymiaru całej powieści, czy też postaci samego Don Kichota? A może z jednego i drugiego? Powieść jest wesoła, rubaszna. Wesołego, pogodnego usposobienia nie sposób odmówić Hiszpanom, także ich skłonności do celebry i fiesty…

Degustowanie rozpoczęliśmy od badania aromatów. Powąchaliśmy pierwszego wina. I owładnął nami lipcowy, upalny ogród, bo czuliśmy wszystkie owoce ogrodu, ich soczystość z delikatnie wyczuwalną beczką paloną żywym ogniem. Wrażenie drewna nie było nachalne. Aromat zapowiadał także coś intensywnego.

Drugi aromat był ciężki, a nawet zwalisty, dżemowy, lepki i słodkawy. Takie mogą być również aromaty hiszpańskiego wina. Czuliśmy owoce leśne (borówkę!) i coś ognistego, pikantnego. Zarejestrowaliśmy beczkowość, ale dobrze wkomponowaną, będącą tłem, ornamentem.

Trzecie wino oferowało już wyraźną waniliową beczkowość, ale nie przekroczono granicy, za którą jest pretensjonalna beczkowość. W tym aromacie było mniej owoców, ale za to czuliśmy spaloną kawę, kakao, tabakę i inne ingredienty wynikające z wypalania beczki. Ktoś doszukał się także borówki; coś ta borówka stała się dla nas przyjemnym natręctwem.

Ogólnie, wszystkich zebranych bardzo pozytywnie nastroiły aromaty i bukiety trzech win. Pojawiły się oczekiwania, ponieważ właściwy aromat wina powinien zachęcać, nęcić, obiecywać, mamić, a nawet wprowadzać degustatora w konstruktywne zdenerwowanie. Zapoznawanie się z aromatem, to jak słuchanie introdukcji do opery. Oczywiście, tak jest, jeżeli mamy do czynienia z winami nieprzeciętnymi. My mieliśmy do czynienia z takimi winami właśnie. Odczuwaliśmy pewną tremę przed dalszym poznawaniem. Czy dotrzemy do prawdy?

Ale jeżeli ogólne pojęcie hiszpańskość zasadza się w postaci Don Kichota? To już będzie gorzej. Don Kichot jest niby pozytywny, idealistyczny, ale przy okazji irracjonalny i kompletnie niepraktyczny, mimo, że usiłuje być konstruktywny. O jego postawie pisano wiele. Gasset szarżował, że Don Kichot jest karykaturą Chrystusa. W istocie, to dość pojemna postać. Czy Hiszpanie są tacy zagmatwani i wewnętrznie sprzeczni?

Napiliśmy się pierwszego wina, tego z bukietem owoców ogrodu. Zaskoczyło nas. Oczywiście nie tym, że czuliśmy soczyste owoce. Zaskoczyła nas intensywność, ale i równowaga struktury. Czuliśmy w ustach wspaniałe wino, które trwa, dzieję się. Intensywność nie wynika z niedojrzałych tanin, a z wrodzonej ekstraktywności. Piliśmy w ciemno, ale uprzedzamy, że tym winem okazało się Marques de Penamonte z Toro. Nie piliśmy wiele win z Toro, więc zgodnie orzekliśmy, że jest to najlepsze wino z tego regionu, jakie piliśmy dotychczas.

„Kiedy zbierze się kilku Hiszpanów przejętych skrajną nędzą swojej przeszłości, przygnębiającym obrazem teraźniejszości i szorstką nieprzystępnością przyszłości, pojawia się wtedy wśród nich Don Kichot” – twierdzi Ortega y Gasset. Oczywiście to skrajny przypadek, ale wychodzi na to, że Don Kichot pełni rolę perwersyjnego pocieszyciela pełniącego role kontrastu.

Czy jest ktoś taki w polskiej literaturze? Wokulski jest romantycznie przeintelektualizowany, chociaż z tym swoim kochaniem jest także irracjonalny i groteskowy. Przypomina trochę Don Kichota, ale jednak to nie to samo…

Drugie wino w ustach było inne, pierwszym wrażeniem była ciężkawa dżemowość o słodkawym posmaku. Czuliśmy wyraźną taninę, która zamieniała się w finiszu we wspaniałą czekoladowość. Początkowa słodkawość ewaluowała w lekką gorzkość czekolady w finiszu. Ta metamorfoza była fascynującym wrażeniem, a może nawet główną zaletą tej reserva. Każdy łyk dawał kolejny raz przeżycie metamorfozy. Trzeba podkreślić także wrażenie intensywności i długości wina. Byli tacy, którzy nie mieli wątpliwości, że jest to najlepsze wino degustacji. Wino drugie okazało się reserva z Ribera del Duro Tierra Aranda. Można je jeszcze trzymać, za kilka lat powinno być lepsze.

Sami Hiszpanie znaleźli własny klucz do interpretacji powieści Cervantesa: mówią, że gdy czytasz „Don Kichota” po raz pierwszy, śmiejesz się, gdy po raz drugi, wprawia cię w zadumę, a trzeci – płaczesz. Czy to jest płacz nad hiszpańskim losem, czy też zwykłe poddanie się melancholii?

Pisaliśmy wcześniej o doświadczaniu zjawisk i doznań granicznych. Okazuje się, że śmiech, zaduma i płacz sąsiadują ze sobą w tajemniczy sposób. Wystarczy przeczytać powieść Cervantesa i skoncentrować się na Don Kichocie. To doświadczanie doskonale katalizuje kieliszek pitych przez nas reservas. Na granicy trzeźwości i rauszu można lepiej doświadczyć tego co normalnie niedostępne.

Trzecie wino, to posiadające w aromacie waniliową beczkowość także zaskoczyło. Spodziewaliśmy się wina poprawnego, a mieliśmy do czynienia z winem znacznie lepszym. Czuliśmy doskonałą wprost kwasowość, która nadawała wigoru i nerwu winu. Poza tym posiadało ono niezłą strukturę, i gładkość, chociaż tanina była wyczuwalna.

Pewien znany Hiszpan-myśliciel dodaje, że najbardziej hiszpańskie cechy Don Kichota to: „zatrata, niemożność, gorączkowe poszukiwanie tożsamości, smutna świadomość wszystkiego, co mogło być, ale nie było”.

Do Kichot zdaje się naprawdę wierzyć, że „najważniejsze, aby nigdy nie oglądając, wierzyć, potwierdzić, przysiąc i bronić”. To wyznanie odnośni się do ukochanej Don Kichota Dulcynei, ale mogłoby być credo każdej religii, której istotą jest wiara w istnienie bóstwa bez empirycznego dowodu. Don Kichot ma w tym kontekście wymiar teologiczny.

My także uwierzyliśmy po tej degustacji, że wina z Hiszpanii posiadają cechę hiszpańskości. Niby poczuliśmy tę cechę, ale jakoś nie do końca. Nie zarejestrowaliśmy jej trwale, nie możemy jej przywoływać a vista. Wiemy, że jest, ale to rozumienie jakoś umyka. Podobnie wrażenie ma się przypominając sobie sen po przebudzeniu. Możemy go opowiedzieć, ale to już nie to samo, co przeżywanie go bezpośrednio. Hiszpańskość w winie ma także jakichś oniryczny wymiar.

Czucie hiszpańskości wina wymaga partycypacji bezpośredniej. Hiszpańskość w winie czuje się wyłącznie podczas picia wina. Na początku trzeba zaciągnąć się aromatem aż do dna płuc, poczuć aromat dojrzałych winogron i ziemi. Potem wpuścić mały łyk do ust, potrzymać go chwile na języku, następnie rozetrzeć soczysty ale zamszowy smak po podniebieniu. Moment  przełykania jest kluczowy, wtedy pojawia się to o czym pisaliśmy wcześniej, ów ulotny byt znajdujący się na granicy, pomiędzy oczekiwaniem i spełnieniem. On pojawia się we wczesnej fazie przełykania, aby go doświadczyć właściwie należy unikać barbarzyńskiego pośpiechu.

Tak to właśnie się dzieje z hiszpańskością w winie, aby jej doświadczać trzeba sięgać po kieliszek i powtarzać opisany proces wielokrotnie. Hiszpańskość w winie nie istnieje post factum, ani tym bardziej ex ante, nie istnieje teoretycznie, nie jest werbalna. Doświadczanie wymaga czynu. Trzeba pić wino.

Kilka lat temu najwięksi aktywni pisarze z całego świata – laureaci nagród Nobla, Bookera, Pulitzera – za najlepszą książkę w historii uznali „Don Kichota”. Mają rację. Los Don Kichota ma ludzki wymiar. Bywa groteskowy, bywa fatalny, ale jest nam nieuchronnie bliski.

Na koniec parę praktycznych rad. Chodzi o kosztowane przez nas wina, jak  i gdzie można ich skosztować. Otóż, należy udać się do Toledo, dotrzeć tam można samolotem, samochodem, bądź innym środkiem lokomocji. Najlepiej wsiąść w tę podróż szwagra, jeżeli się go posiada, bo nie każdy ma ten przywilej. Jeżeli nie dysponujemy szwagrem, to trzeba w tę podróż zabrać drugą osobę płci dowolnej. Ważne, że muszą być tylko dwie osoby. Prawdziwe przeżycia płoszą się w tłoku.

W Toledo należy kupić konia. Nie będzie to trudne, ponieważ na każdym rogu ulicy w Toledo sprzedają konie różnej maści. Następnie trzeba się skierować na północ w kierunku Madrytu. Podróżować trzeba najkrótszą drogą i nie zbaczać mimo przeszkód. Za cel podróży trzeba wziąć trzy winnice. Należy zacząć od winnicy Torreduero w Toro, tam degustowanie wina zajmie co najmniej dobę. Następnie należy udać się do winnicy w Riberra del Duro. Podróż kończymy w winnicy w Rioja.

Właściciele winnic przyjmują obligatoryjnie wszystkich gości, którzy zajeżdżają konno. Jeźdźcy za nic nie płacą; piją i jedzą na koszt gospodarzy. Każdego wieczoru urządzana jest uczta dla wszystkich jeźdźców, biesiada trwa do rana, wino leje się strumieniami. Nad ranem może niespodziewanie do uczty dołączyć sam Don Kichot z giermkiem, będzie także Don Alberto ze szwagrem, będzie sympatyczny Ramiro z Cardamomo Tablao w Madrycie, będzie Margarita (bez Fausta), ale to już kwestia alkoholowej imaginacji. W takich okolicznościach można doświadczyć setki razy hiszpańskości w winie, o której próbowaliśmy niezdarnie pisać.

To taki praktyczny sposób na zapoznanie się z trzema degustowanymi przez nas winami. Można również zwrócić się pisemnie do subiektów sklepu winiarskiego ViniTeranio i prozaicznie kupić opisane wina, najlepiej po całej skrzynce, jeżeli ktoś naprawdę chce dogłębnie przeżyć tajemniczą hiszpańskość w winie. Sklepu www.viniteranio.pl nie będzie szczególnie reklamować. Wystarczy przecież fakt, że posiadają te 3 butelki i wiele innych tytułów w atrakcyjnych cenach.

Komentarzy: 3

sobota, 8 Kwiecień 2017

4 butelki z Navarra

blog

Na zdjęciu wyżej jest 6 butelek, ale my skosztowaliśmy czterech. To cała seria win wyprodukowanych przez znanego producenta z regionu Navarra – ZORZAL. Jesteśmy zatem nadal w winiarskiej Hiszpanii, ale nie w kręgu tempranillo, poza Rioja, poza Ribera del Duero. Byliśmy przygotowani na obniżenie lotów, mimo tego że producent umieścił na etykiecie infantylnego, ale sympatycznego ptaszka.

Przed degustacją krótkie wprowadzenie wygłosił szwagier. Zdaje się, że głównie oparł się o opinie Don Alberto. Mówił o tym, że Zorzal ma dobrą pozycję na rynku, że chwalą Zorzal, że chwali Parker, a szczególnie Robinson. Brzmiało to zachęcająco, ale nie rozstrzygająco. My lubimy wyrobić sobie własne stanowisko, nie jest nas łatwo sformatować opiniami winiarskich guru.

Ciekawiło nas, jak będą smakować po tempranillo szczepy garnacha i graciano. Nie pijamy ich często, zwłaszcza graciano. Zdarza nam się pić garnacha w wersji francuskiej, czyli  grenache z południowego Rodanu. Wiemy, że to składnik kultowego kupażu Chateauneuf du Pape, a nawet to jego podstawa. Podobno z tego szczepu można zrobić różnorodne wina, od prostych do naprawdę wybitnych. Ale czyż tak nie jest z innymi szczepami? Można przecież wypić marketowe chardonnay, a można także Charlemagne. My wiemy jednak, że proste wino można zrobić z każdego szczepu, ale nie z każdego szczepu można zrobić wino naprawdę wybitne. Garnacha to nietrywialny szczep.

Degustacja zapowiadała się na zupełnie spokojną, poznawczą, ale dała jednak impuls do ciekawej dyskusji, która dotyczyła fundamentalnych spraw. Różne konteksty, dywagacje i meandry dyskusji doprowadziły nas do postawienia pytań i problemów. Jednym z kluczowych pytań było: czy istnieje podział na wina gastronomiczne i wina degustacyjne? Często używa się takiego kryterium. Mówi się: to wino „nadaje się do pizzy”, „do jedzenia”, „jest gastronomiczne”, itd. Jest w takich stwierdzeniach sugestia, że to jest gorszy sort wina. Czy to ma znaczyć, że do jedzenia powinniśmy dobierać wina gorsze? Brzmi to przecież głupio, jakby się dłużej zastanowić.

I tak znaleźliśmy się w środku istoty somelierki. Idąc dalej w kwestie, należy się zastanowić, czy wino może zdominować potrawę, zamiast uzupełnić, wzmocnić doznania? Jeżeli ją może zdominować, to czy to coś złego? A może to dominowanie jest wydumane? A może to wymaga odpowiedniej techniki konsumowania potrawy i wina podczas jedzenia? Można przecież bezpośrednio popijać kęs i używać wina jako popychacza, taką funkcję pełnił przy obiedzie poczciwy kompot.

Ale można pić wino zupełnie inaczej. Wystarczy podczas konsumowania inaczej gospodarować czasem, stosować interwały. Wtedy wino i potrawa będą w wzajemnym stosunku, jak części symfonii Beethovena. Pojawi się wówczas zjawisko synergii. Podczas takiej konsumpcji Chateau Lafite stanie się winem … gastronomicznym. Wszystko to bardzo ciekawe. My jednak otworzyliśmy pierwsze wino…

… ze szczepu garnacha bianca. To szczep wywodzący się z pnia garnacha. Pite wino miało charakterystyczne cechy, czyli było gęstawe, z wyraźnym alkoholem. W aromacie kwiaty i jabłko, gdzie echa cytrusów, ale i ziół. Zupełnie poprawne wino. Chciałoby się dodać: wino z potencjałem gastronomicznym. I znowu wracamy do kwestii. Ten niby potencjał gastronomiczny, to także eufemizm „wina marketowego”, „wina tarasowego”. Tak jakby na tarasie nie można wypić choćby Chateau Petrus. Taras to zupełnie dobre miejsce dla picia wielkich win.

 Dlaczego przy jedzeniu i na tarasie trzeba pić wina gorsze? W salonie pijemy wino lepsze, a na tarasie gorsze? To przecież jakaś bzdura. Podobnie jak określanie wina gastronomicznym, marketowym.

Uważamy, że znacznie lepszym jest grupowanie wina na proste i wymagające, czyli degustacyjne. Przy jednoczesnym podkreśleniu, że wina proste mają swoją społeczną,  biesiadną i towarzyską rolę. Takimi winami zachwycać się nie będziemy, ale będziemy je otwierać w określonych sytuacjach, np.: mecz ligi mistrzów, pojedynek pięściarski, relacjonowanie wakacyjnych przygód, rozmowy o bieżącej sytuacji społeczno-politycznej w Azji, itd. Takie sytuacje są adekwatne dla konsumpcji wina Zorzal wytworzonego z garnacha bianca. Będzie także dobrym uzupełnieniem smaku smażonej ryby. Nie polecamy otwierać tego wina i zestawiać go z Chablis grand cru.

Skosztowaliśmy teraz trzech win czerwonych. Rozpoczęliśmy od granacha w niższej wersji, które było znacznie tańsze (28zł) od Malayeto (49zł). Czuliśmy i w aromacie i smaku czerwone owoce, porzeczki, wiśnie, ale także trochę trawy i fiołków. I znowu chciałoby się napisać: wino doskonałe do pizzy. Ale skoro skrytykowaliśmy takie kwalifikację, to napiszemy: dobrze zrobione, ale proste wino, które można otworzyć, gdy przyjdą koledzy z sobotnią wizytą i będziemy oglądać mecz piłkarski. Wino dobrze się pije. Takie wino chciał zrobić producent i takie zrobił. Swoją robotę wykonał dobrze. Nie polecamy dokładania takiego wina do degustacji z Chateauneuf du Pape, mimo że obydwa zawierają garnacha.

Jeden z uczestników degustacji oświadczył, że on dzieli wina na dobre i złe i nie chce stosować innego podziału, np. takiego na proste i złożone. Nalał nam wszystkim kieliszek niezłego bordoskiego wina i oświadczył, że to jest wino dobre, a te od Zorzal są wyraźnie gorsze, czyli złe. Można i tak, wszak kryteriów używamy wolicjonalnie.

 Rzeczywiście, podział na wina dobre i złe jest zdumiewająco prosty i jakichś świeży. Tylko co się stanie, jak za dobre uznamy wyłącznie wina od 100 zł w górę? Należy sobie wyświetlić następującą sytuację: oglądamy z sąsiadem na tarasie mecz Zagłębie Lubin vs Jagiellonia i pijemy Chateau Talbot, skończył się Talbot, otwieramy Chateau Clemance. Taka jest konsekwencja podziału wina na dobre i złe. Możemy także pić wodę mineralną z Krynicy. Szwagier nagle posmutniał.

Zajęliśmy się teraz winem Malayeto. Było wyraźnie dłuższe, mięsiste, intensywnością zdecydowanie zaskoczyło po poprzednim winie. Lubimy soczyste wina, a to właśnie takie było. Ogrodowe owoce często można spotkać w garnacha, ale dobrze wkomponowane konteksty truskawek, to już rzadziej. Spodobało nam się to wino, zauważyliśmy inwencje winiarza. Gdybyśmy urządzali degustację dobrych Cotes du Rhone, to z pewnością to wino można zastosować. To nawet ciekawe, jak sprawdziłoby się z doskonałymi Cotes du Rhone od Domaine de la Janasse, które piliśmy w zeszłym roku.

Oczywiście, że Malayeto mogłoby zostać zaserwowane z pieczenią z dzika w sosie żurawinowym. Choćby nawet ta konsumpcja miałaby się odbyć w pałacu królewskim w Madrycie.

Ostatnie wino, jakie piliśmy było wytworzone ze szczepu Graciano. Było lepsze niż podstawowe z granache, ale gorsze od Malayeto. To wino było jednak trochę inne. Owszem czuliśmy czerwone owoce, ale także posmak skoszonej trawy i jakąś gorzkawą ziołowość. Podobno to cechy charakterystyczne dla graciano. Gdzieś w tle majaczyły echa użytej beczki.

Warto to podkreślić, we wszystkich winach zupełnie inaczej czuliśmy beczkę niż w winach z Rioja i Ribera. Tutaj producent bardzo oszczędnie gospodarował beczkowością. Postawił odważnie na owocowość, świeżość, soczystość. Gdybyśmy nie wiedzieli, że to wino hiszpańskie, wskazywalibyśmy inne regiony. Może jakieś toskańskie klimaty, może piemoncką barberę, a nawet egerski kekfrankos. Jak widać winiarska Hiszpania ma różne oblicza. Z pewnością warto zapoznać się z winami wytwórni Zorzal.

A my na koniec podkreślmy jeszcze raz, że pochopne szufladkowanie wina to operacja ryzykowna. Pewne jest, że wina proste będą zawsze gorsze od win wielkich. To wcale nie oznacza, że należy wycofać z produkcji i sprzedaży wina proste. One z racji ceny są dostępne dla większości, a także można je pić w sytuacjach, które są adekwatne dla picia win prostych, chociaż te sytuacje wcale nie muszą być proste. Czy mecz reprezentacji Polski z Czarnogórą był prosty? To wcale nie oznacza, że podczas jego oglądania należy otwierać Romanee-Conti.

Proste, a dobre wina w swojej prostocie nadają się do: bycia tłem, towarzyszenia, sąsiedztwa, podporządkowanego współistnienia wydarzeniom. Takie jest przeznaczenie i rola prostych, prostszych win. Niezależnie jak wyznaczymy granicę pomiędzy prostotą i złożonością wina wynikającą z definiowania jakości. Wina Zorzal są stworzone do konstruktywnych, drugoplanowych ról.

Nie zawsze trzeba grać pierwszoplanową rolę. Można otrzymać Oskara za drugoplanową rolę, a bez takich ról i kreacji nie sposób wyobrazić sobie żadnego filmu. Bez nich nie sposób sobie wyobrazić rzeczywistości, jeżeli materię życia porówna się do filmu. Wchodzimy w filozoficzne zagadnienia partycypacji. Inaczej smakowałyby główne wydarzenia bez bytów towarzyszących, podporządkowanych. Inna rzecz, czy kropka nad „i” pełni główną rolę, czy uzupełnienie? I tak znowu znaleźliśmy się w zagadnieniach ontologii. Teoria i praktyka wina zmusza do zadawania pytań. Degustowanie win Zorzal indukowało te wszystkie problematy. To indukowanie jest uzupełniającym, towarzyszącym powodem aby skosztować win Zorzal.

Opisane wina można zakupić w sklepie www.viniteranio.pl. Nie będziemy kolejny raz dodawać, że to dobry, tani sklep, nieźle zapatrzony w hiszpańskie wino.

Brak komentarzy - napisz pierwszy

Starsze posty