wtorek, 16 Maj 2017

3 flaszki Bodegas Comenge i 3 inne

blog

Jeszcze czujemy w ustach smak wina Jacobus. Pisaliśmy o nim ostatnio sporo. Tym razem otworzyliśmy 3 kolejne butelki wspaniałego producenta – Comenge.

Biberius 2016 klasy roble, crianza 2016 i reserva 2011. Owszem powinniśmy degustować w innej kolejności, rozpocząć od wina podstawowego Biberius i zakończyć Jacobus. My zrobiliśmy odwrotnie. Zdarza nam się częściej robić odwrotnie, ale nie dla próżnej przekory. Przyczyny tego są nader skomplikowane, aby je teraz objaśniać.

Musimy przyznać, że po skosztowaniu Jacobus pojawił się naturalny sentyment do producenta, szacunek dla jego klasy mieliśmy wcześniej. Sentyment to bardzo ulotne i subtelne uczucie. Nie jest to zakochanie, ale nie jest to także banalne, chwilowe zauroczenie. To takie pozytywne nastawianie zabarwione czułością. Pozytywne nastawienie powoduje, że wszystkie składowe wina interpretowane są na jego korzyść. To taka … tendencyjna obiektywność.

Gdy otworzyliśmy Biberius początkowo nie spodobał nam się jego aromat. Skojarzył nam się z … kompotem. Ale zaczęliśmy zastanawiać się głębiej, no i doszliśmy do wniosku, że ten aromat przywołuje wspomnienia z lat dziecinnych, kiedy to latem babcia serwowała kompot truskawkowy. Ktoś nawet zaczął uściślać, że był to kompot truskawkowo-wiśniowy. Uzasadniał to tak, że babcia wiedziała, że truskawki są za słodkie, więc trzeba je połączyć z kwaskowymi wiśniami. Czy możliwe jest takie cudownie genialne połączenie? Truskawki dojrzewają w czerwcu, a wiśnie początkiem sierpnia. Jak zatem babcia mogła łączyć te owoce w swoim kompocie?

Wspomnienia z dzieciństwa czasami się plątają, ale taka ich natura. Po czterdziestu latach wszystko staje się już prawdą. W krainie dzieciństwa truskawki i wiśnie dojrzewają symultanicznie. Babcia robi najsmaczniejszy kompot. Dziadek opowiada najciekawsze historie. Lata są najgorętsze. Wujek jest prawdziwym herosem. Woda w rzece jest krystaliczna. Czereśnie mają miodową słodycz. Wieczorem nie gryzą komary. A Marysia z sąsiedztwa ma prawdziwie zielone oczy…

Babciny kompot miał także orzeźwiającą głębie owocu, zbliżoną do smaku i posmaku wina Biberius, wyprodukowanego w krainie Ribera del Duero…

W Biberius czuliśmy wszystkie odcienie owoców ogrodu, oprócz wiśni i truskawki wyczuliśmy także maliny i poziomkę. W smaku była kontynuacja ogrodowych cudowności aromatu. Wszyscy zaczęliśmy wino chwalić, zapomnieliśmy o tym pejoratywnym kompocie. Tak też zinterpretowaliśmy aromat wina Biberius na korzyść, podobnie było ze smakiem, wychwalaliśmy jego owocowy drive, niezłą długość, lekkość, rześkość. Wtedy szwagier wpadł na pomysł, aby porównać Biberius z …

Resalso 2013 Emilio Moro. Wina tej samej klasy wyprodukowane przez wiodące wytwórnie Ribera del Duero, a może nawet całej Hiszpanii. Szwagier nie wymyślił tego w czasie degustacji, tylko był starannie przygotowany do tej prowokacji. Po złożeniu propozycji konfrontacji przybył z karafką zdekantowanego Resalso…

Napełniliśmy kieliszki. Resalso było ciemniejsze, gęstsze. Powąchaliśmy. Było zupełnie inne, przeważały ciemne owoce, z wysoko zaznaczoną czereśnią, a nawet ciemną dziką czereśnią. To jest wspaniały aromat. Wyczuliśmy także pewną nutę ziemistości. Skosztowaliśmy. Wino było gęstsze od Biberiusa, głębsze, bardziej złożone, masywniejsze. Można odważnie stwierdzić, że było lepsze. Tylko jedna cecha zakłóciła sielankę. Ziemistość w zasadzie była podszyta bretem, wyraźnie czuliśmy stajnie. Stawało się to nieznośne. Wyraźnie ktoś wino przetrzymał w maceracji. Pytanie czy to przypadek, czy też intencjonalny zabieg?

Tacy producenci jak Comenge i Moro nie robią wina przypadkowo. Dlaczego zatem w wielkim Bodega Emilio Moro winiarz zepsuł wino tym bretem? Podpowiedzi udzielił szwagier. „Oni sprzedają to wino do USA”, rzekł krótko. Przypomnieliśmy sobie, jak pewien Włoch opowiadał jak przetrzymuje się w Toskanii wina podczas maceracji, gdy wina eksportuje się do USA. Podobno tam lubi się tę stajenną ziemistość.

Ktoś zaproponował rozwiązanie, że Resalso powinno mieć dwie wersje: amerykańską i europejską. Proste, ale jednak mocno skomplikowałoby przekaz marketingowy. Która wersja jest lepsza? My wiemy, że europejska. Ale takie podziały mogłyby zachwiać sojuszem euroatlantyckim. Nie ma co jeszcze bardziej komplikować geopolityki.

I tak „kompotowy” Biberius pobił w bitwie „stajenne” Resalso. Zadecydowała jedna cecha. Wiedzieliśmy także, że Biberius korzystał z naszego sentymentu, a Resalso już nie. Nie będziemy teraz rozprawiać na temat subiektywizmu, któremu napęd podaje nastawienie, które z zasady jest irracjonalne. Próbując sprawę zobiektywizować, to obydwa wina są interesujące, odmienne, ale bardzo dobrze zrobione. To wspaniałe wina w swojej klasie. Kiedyś kosztowaliśmy roble od Lopez Cristobal i nie możemy zapomnieć o jego smaku, zrobiło na nas duże wrażenie.

Po tej próbie przeszliśmy do Comenge Crianza. Tym razem ono miało także konkurenta, inną crianza. Mało znanego producenta Jordan Asso spod Saragossy. Porównywaliśmy te wina w ciemno. Dziwne, połowa zebranych wskazała na crianza Asso, druga połowa uznała, że  crianza Comenge jest lepsza. Szwagier zabrał głos już po ciemnej degustacji. Fachowo objaśnił zaistniałą sytuację z ocenami…

Crianza Asso była dojrzała, bo była wyprodukowana w 2011 roku. Owszem, była bardzo dobrze zrobiona, wyjątkowa, jak na niską cenę, prawie 3-razy tańsza od wyrobu Comenge. Połowa zebranych doceniła zbalansowanie wina, ono zawsze związane jest z wiekiem; dobrze użytą beczkę i dużą przyjazność wina, nazywa się tą cechę nieładnym słowem „pijalne”. Tak szwagier objaśniał crianza Asso.

Napiliśmy się wszyscy raz jeszcze, już w jasno crianza Comenge. Wtedy zrozumieliśmy, co chce powiedzieć szwagier. To wino rzeczywiście było wyraźnie lepsze, chociaż jeszcze za młode. 2016 rok, to wczesna młodość, a nawet dzieciństwo tej crianza. Było ciężkawe i nie było tak przyjazne jak konkurent i to zadecydowało, że mniej wprawni degustatorzy zachwycili się prostą przyjaznością. Ale crianza od Comenge było bogatym winem. Jego bukiet miał kilka elementów wspólnych z Resalso. Też czuliśmy ciemny owoc. Ale wyczuliśmy także soczystość, jakby kontynuację Biberiusa, tylko w lepszej wersji. Czuć tę samą rękę, która wykonywała to wino.

Czarowała balsamiczność. W Comenge umieją używać beczki. Pijąc tę crianza doświadczaliśmy tego. Szczególnie urzekła nas czekoladowość, niesamowita mleczna czekolada, chyba belgijska. Prawdziwe studium czekoladowości. Lubimy czereśnie w winie, ale co czekolada, to … czekolada. Nie mogliśmy sobie przypomnieć, czy wcześniej piliśmy tak wspaniale czekoladowe wino. To numer 1. Co może zdziałać dobrze użyta beczka w winie? Istne cuda!

Wszyscy zgodzili się ze szwagrowa oceną crianzas, ale padło pytanie: to co teraz powiedzieć o winie crianza Asso? Szwagier jasno stwierdził, że to wino powinno mogłoby być ozdobą każdej dyskontowej kolekcji, ponieważ ma doskonałą relację cena-jakość. Przeliczyliśmy szybko koszt zakupu (u producenta) i marże i wyszło nam, że wino mogłoby kosztować dyskontowe 19,9zł. Napisaliśmy o dyskontowej kolekcji, ale nie chcieliśmy degradować tego wina w taki sposób.

Gwiazdy, hity dyskontowe, to są zazwyczaj dobre wina w bardzo dobrych cenach i dlatego zostają właśnie hitami. Nie zdziwilibyśmy się, gdyby takie wino oferował także sklep specjalistyczny, tylko w cenach dyskontowych. Zaczęły się w Polsce pojawiać takie sklepy specjalistyczne, najlepszym przykładem jest ViniTeranio.

Przeszliśmy do degustacji w kategorii wagi ciężkiej. Reserva Comenge z 2011 porównywana była w ciemno z winem nam nieznanym. Wiedzieliśmy jedynie, że jest to reserva ze szczepu Tempranillo. Ta konfrontacja była kulminacją wieczoru. Szwagier nie był pomysłodawcą tej drugiej reserva. Powierzył wybór odpowiedniego wina najzdolniejszemu spośród nas – szaraków-degustatorów. Zadanie wykonał prawie dobrze…

Aromaty reservas były wspaniałe.  Owocowo-czekoladowy, a drugi waniliowy. Takie były dominanty, ale owoc i wanilia nie były jedynymi aromatami. Czuliśmy głębię zapachu każdej reserva. W zasadzie to każde kolejne niuchnięcie sugerowało kolejne skojarzenia. Nie będziemy ich wymieniać, ponieważ niewiele to wniesienie do zrumienia tych reservas.

Warto w tym miejscu zastanowić się nad dyskretną głębią aromatów. To pozornie sprzeczne. Głębia niby powinna powalać, narzucać się, być bardzo wyraźna. Nic bardziej mylnego, głębia może być dyskretna. Głębia nam się może objawić po namyśle, kontemplacji. Głębia wcale nie musi być krzykliwa, może być elegancka, a elegancja jest dyskretna zawsze. Elegancje trzeba odkrywać w kontemplacji. To wymaga wprawy, a aby posiąść umiejętność dekodowania elegancji trzeba wysiłku w wyuczeniu się tej kompetencji. Tego się ciągle uczymy i wąchając reservas wyczuliśmy ową dyskretną elegancję. Ucieszyło nas to, ponieważ partycypowanie w elegancji daje satysfakcję.

Skosztowaliśmy win i wpadliśmy w zachwyt. Były w zasadzie różne. Jedno było wyraźnie starsze, dojrzałe, ułożone, zbalansowane. Drugie młode, ale bardzo ambitne. Nie mogło zaprezentować pełni swoich możliwości jeszcze. Porównywanie ich nie miało sensu. To tak jakby porównywać 20-letniego, efebowego, ambitnego młodzieńca z 60-letnim dojrzałym mężczyzną, już z mądrością i doświadczeniem wynikłym z wieku. Każdym można się zachwycić, ale z innych względów. W klasie młodzieńców, to był urokliwe wino, zachwycające, błyskotliwe. Może z niego wyrośnie sam winiarski geniusz, Einstein czy Mozart? Wino dojrzałe może nie było Mozartem, ale zdecydowanie warto było wysłuchać jego melodii.

Konkurentem reserva Comenge okazała się reserva Sajazarra z 2005 roku. 6 lat zrmobiło różnicę. Szwagier nie był do końca zadowolony z tego zestawienia. My byliśmy i to nawet bardzo. Zestawienia powinny uwzględniać wiek wina. To oczywiste. Nas to jednak sprowokowało do przemyśleń, jak też będzie smakować reserva Comenge za 5 lat? Będzie lepsze, ale o ile? Czy można to odmierzać w procentach?

Smak i wrażenia mają inną jednostkę. Jej podstawą jest wzruszenie. Ono przeszywa nagle. Biegnie szybko od pnia mózgu do centrum płuc, wtedy mamy problem z oddechem. Dalej wzruszenie kontynuuje zjazd poprzez lewą komorę serca, wówczas czujemy słodkie wzmożenie. Potem bieg prostuje się wydłuż kręgosłupa i hamuje w części lędźwiowej, ściślej – w kości ogonowej. Tam odczuwamy figlarne mrowienie. Tak kończy się odczuwanie biegu wzruszenia. Trwa to jakieś kilka sekund. Można to przeżyć kilkakrotnie, ale najczęściej jednak ze słabnącą energią.

Jeżeli ktoś chciałby skosztować wina Comenge, to powinien udać się do sklepu www.viniteranio.pl. Może też wysłać maila. Wszystkie wina Comenge kosztują tyle samo ile w sklepie firmowym Comenge w Riberra del Duero. Oby tak wszyscy w Polsce sprzedawali swoje importowane wina. Niech to się stanie „nową tradycją”!

DUE

Dodaj komentarz